Kiedy
ostatni raz bylem w siodle przez 5 dni? To było z Sylwią na wyprawie z
Turku do Krakowa przez Wyżynę Krakowsko-Częstochowską i dalej do
Oświęcimia i Trzebini (510km). Kiedy przepedałowalem ciągiem 802km? Do
tej pory nigdy.
Pomysł zrodził się z mojej głowie
jakiś rok temu, kiedy zobaczyłem mapę przedwojennej Polski sięgającej
daleko na południowy wschód, do Kosowa w Ukraińskich Karpatach, do
Chocimia, gdzie dawno temu bili się Polacy, do Kołomyi, która założył
król Kazimierz Wielki (tak ten sam). Zresztą cała ta rowerowa wyprawa
przybrała kryptonim "od morza do morza".
Miesiąc
przed wyruszeniem na wyprawę naczytałem się o trudnościach w
przewożeniu roweru w ukraińskich pociągach dlatego też postanowiłem
liczyć tylko na siebie. I na swój rower rzecz jasna!
Dzień 1. Przemyśl-Lwów. 150km
24.06.2016
Granica.
Wysiadłem
na stacji kolejowej Przemyśl chwilę po godzinie 10 rano. Tu i owdzie
ludzie kręcą się w poszukiwaniu peronu, ktoś gra na akordeonie, dzieci
jedzą lody. Dworcowy standard, choć akurat tu wszystko pachnące
nowością. Ładny i odnowiony budynek dworca. Tylko jakaś Pani głośno
uskarża się, „że świat koczy się w Rzeszowie a tu już NIC nie jeździ
[..]”. Zanosi się na upał, to już wiadome, mimo wczesnej pory. Musze
wymienić trochę złotówek na ukraińskie hrywny, by mieć środki na zakup
wody i jedzenia na trasie. Znajduje dwa kantory - oba zamknięte. No nic
przejeżdżam jeszcze przez centrum Przemyśla i kieruje się w stronę
przejścia granicznego Malhowice w ciągu drogi nr 885. Postanawiam, że
walutę wymienię na granicy, lub po ukraińskiej stronie. Wybrałem ciut
dłuższa trasę, ale jak wynika z mapy, po mniej ruchliwej drodze. Nie
mylę się. Żadnego praktycznie ruchu. Zero ciężarówek. Tylko raz w górę,
raz w dół. Łagodne z pozoru wzniesienia dają się we znaki tym bardziej,
że ostatnie 2 tygodnie spędziłem bez roweru (delegacja i wyprawa
samochodowa na Święcenia Kapłańskie kolegi do Wiednia w Austrii).
Jadę
w czterdziesto stopniowym upale. Zatrzymuję się przy sklepie spożywczym
na wsi ok. 5km od granicy. Zakupuje 2 wody, Snikersa, pieczywo i
kabanosy. Jestem teraz gotowy opuścić Unię Europejską. Dojeżdżam do
szlabanu i ... Ani jednej żywej duszy. Szlaban i brama zamknięte. Drut
kolczasty. No to ładny początek wyprawy.

Musze
cofnąć się teraz ok. 15km i skierować do przejścia w Medyce. A tak
chciałem ominąć drogi z ciężarówkami. W końcu jestem znowu w Przemyślu,
ale tym razem na dobrej drodze. Każdy kilometr trasy dłuży się
niesłychanie. Objuczony we wszystko rower z mozołem daje się prowadzić
pod górę. W dół też nie pędzę szybko, bo wieje dość silny wschodni
wiatr. W końcu docieram do granicy. Wymieniam 150zł na hrywny i jeszcze
proszę o 10 euro „na czarną godzinę”. Od cinkciarza dowiaduje się
dlaczego EUR są takie drogie (4.5zł) - brexit. Podjeżdżam do szlabanu
tak jak samochody, ale ktoś zwraca mi uwagę, że rowery są odprawiane jak
piesi. Idę więc „za Biedronkę” w tłumie mrówek. Dobrze, ze jest
oddzielna kolejka dla obywateli EU. Ukrainiec nie chce dowodu, sięga
ręką po paszport i coś mamrocze. W końcu czeka na moja odpowiedź a ja mu
na to, że nie panimaju. Kobieta za mną mówi, że on się pyta czy ja będę
na Ukrainie pływał (jestem bez koszulki). Ja mu na to, że nie po to
biorę rower. Gość uśmiecha się i oddaje mi dokument. Jestem za granicą.
Podobnie jak u nas. Krajobraz zmieniony jest głównie przez prawosławne cerkwie w większości w kolorze niebiesko-złotym.
Wszędzie widzę ukraińskie flagi, więc myślę sobie, że mają tu jakieś
święto narodowe. To nie tak - jak się później okaże, flagi wiszą na
całej trasie mojego przejazdu w zachodniej i południowej Ukrainie.
Zresztą oprócz żółto niebieskich są też czerwono-czarne, banderowskie.
Jakieś
30 km od granicy widzę drogowskaz w stronę kąpieliska. Nie namyślam się
długo i jadę (małe jezioro jest jakieś 500m od główniej drogi). Wita
mnie okrzyk znad jeziora: "kak eta wojsko polskije na rowerach"?! Siedzę
we wodzie 15min, cały czas obserwując rower. Tutaj zdaje sobie sprawę,
co będzie dla mnie na wyprawie najcenniejsze (oprócz roweru i kasy rzecz
jasna) - paszport. Na następnym postoju postanawiam zabezpieczyć i
schować go jeszcze lepiej.
20km przed Lwowem zamarzył mi się arbuz. Mam w pamięci wielkiego arbuza, którego zostawiłem dzieciom w lodowce.
Do
Lwowa docieram równo z zachodem słońca. Żeby dojechać do ścisłego
centrum jadę przez miasto ok 10 km. Lwów zwiedzam w trybie
eksternistycznym by night. Z pewnością jest to miasto z kategorii must
visit. Wpisane na listę UNESCO centrum jest bardzo urokliwe i trochę
przypomina mi Kraków. Ja trochę tu jednak nie pasuje. Za dużo
eleganckich młodych ludzi w trybie imprezowym.
Obszedłem
z rowerem starówkę. Na ścianie rz-kat. katedry tablice w języku Polskim
i Ukraińskim, wspomnienie wizyty papieża Jana Pawła II. Jest już
ciemno. Postanawiam jeszcze zobaczyć jeszcze słynny Cmentarz Orląt
Lwowskich. Tylko, że… nie mam mapy! Nie mogę uzyskać połączenia z
Internetem przez sieć 3G. Szukam wiec najbliższego McDonald, łączę się z
wifi i ściągam plan miasta. Do cmentarza ok. 3km w kierunku drogi H9,
wiec pasuje. Kiedy docieram na miejsce same remonty. Klucze i nie mogę
znaleźć bramy wejściowej, a ta która znalazłem jest już zamknięta. Napis
informuje o cmentarzu miejskim i grobach wojskowych z okresu I WŚ (ani
słowa o Polakach?).
Robię
zdjęcie pamiątkowe zza bramy i udaje się na poszukiwanie pierwszego
dzikiego noclegu za miastem. Ostatni drogowskaz dla turystów przy drodze
każe mi jechać w kierunku „World’s end” [koniec świata]. Jestem
podekscytowany.
Za
Lwowem postanowiłem spełnić swoja arbuzowa zachciankę. Jest późno,
otwarte są tylko małe sklepiki. Podjeżdżam do jednego z nich, gdzie pani
ekspedientka wydaje towar przez małe okienko. Proszę o arbuza po
Polsku. Sprzedawczyni daje mi sygnał ze nie ma pojęcia co ja mówię.
Próbuje po angielsku: red watermelon. Nie. Po ros: krasnyj owoc. Pani
kiwa, że wie i przynosi mi pomidora. To moja pomyłka, wszak arbuz jest
zielony, więc opisuje, że tylko w środku arbuz jest czerwony i jest
większy od pomidora. Widzę, że nic z tego nie będzie. Jeszcze kilka prób
i się poddaje. Dobra zachciołek mija. Wypije sobie piwo na biwaku.
Swoją drogą nie wiem o co chodzi z tymi arbuzami na Ukrainie: nie
widziałem ich w sklepach!
Ok 20km ma południe od Lwowa
skręcam do lasu i... ciemnica. Właśnie sobie uświadomiłem, że nie
wziąłem latarki czołówki! Dobrze, że telefon mam naładowany i wszystkie
banki energii na 100%. Na tą wyprawę zmontowałem też w rowerze specjalny
układ do ładowania akumulatorków z paneli słonecznych. Pierwszy raz
rozbijam mój jednoosobowy namiot zakupiony na wyprawę. Udaje się bez
problemu. Trzeba jednak pamiętać ze w środku nie ma zbyt dużo miejsca na
obracanie się tyłem do przodu. Jechałem dziś fragmentem bez koszulki
wiec jeszcze przed spaniem smaruje rozgrzane plecy. Ręcznik i pielucha
pod głowę. Dobranoc.
Dzień 2. Lwów-Bursztyn. 240km.
25.06.2016
Mecz i kominy.
Kolejny
upalny dzień. Obudziłem się około godz. 7 (8 czasu lokalnego). Teraz
dopiero widzę, że las nie wygląda źle. 40min zajmuje mi zwinięcie
obozowiska i zjedzenie śniadania. Stwierdzam, że nie jestem w stanie
skrócić tego czasu, wiec postanawiam wstać jutro wcześniej.
Po
około 10 km od miejsca noclegu zatrzymuje się na cmentarzu przy drodze,
na którym dostrzegam Polską flagę i kilka pomników z lwami. Pochowani
są tu Polscy żołnierze, bohaterowie z lat 1918-19.
Wieje
jeszcze bardziej niż wczoraj, wiem że nie będzie lekko. Dziś jadę w
kierunku dużego miasta Iwano-Frankiwsk (polski Stanisławów). Na godz. 15
planowany jest mecz 1/8 finału Euro2016 Polska-Szwajcaria. Wiem, że w
Kraju są duże oczekiwania, co do naszej drużyny narodowej. Nie wiem
tylko, czy na Ukrainie oglądają turniej, czy jest transmitowany w
tutejszej tv, szczególnie po przegranej z Polską i odpadnięciu ich
drużyny z turnieju. W porze lunchu zatrzymuje się aby ugotować makaron.

Wziąłem
ze sobą tylko małą, używaną już wcześniej w górach butle z gazem
(większa nie zmieściła się już do sakwy), palnik i nowy rondelek.
Właśnie się zorientowałem, że została mi tylko woda lekko-gazowana –
trudno robię kulinarny eksperyment. Niestety makaron jest jeszcze
aldente, a gaz już się skończył. Mogłem jednak wziąć nową, dużą butlę!
Trudno. Zjem jaki jest. Popijam wodą gazowaną po makaronie i jadę dalej.
Jest godz. 16, kiedy wjeżdżam do wsi, w której z daleka widzę bar z
anteną satelitarną. Zatrzymuję się. Leci jakaś telenowela. Próbuje
zagadać po angielsku. Pani nie daje rady, ale woła koleżankę z zaplecza,
a ta jest bardzo bystra. Wie czego potrzebuje, ale okazuje się, że
talerz łapie dane o 433 kanałach, a Ona nie wie, czy w jakimś znajdziemy
transmisję meczu. Proszę o pilota i próbuje Eurosport, programy info,
polską TVP (niestety: no signal) etc. Wtedy do lokalu wchodzi młody
chłopak (może 12 lat) w koszulce Figo. Gada chwilę z Ukrainką i mówi
żeby poszukać ZDF. Jest! Nawet wygrywamy 1:0, choć do końca trochę
czasu. Zamawiam kawę i zasiadam do oglądania. W trakcie meczu do baru
przyszło kilka osób zaciekawionych chyba bardziej moją osobą niż meczem,
ale nikt nie zagaduje. Niestety remis! Widzę, że ekipa zbierała się
żeby zamykać, ale ostatecznie oglądamy już wszyscy razem dogrywkę i
wygrany przez Polaków konkurs rzutów karnych. Ta kawa była naprawdę
smaczna! Telefon do domu. Euforia.
Popołudniu okazuje
się, że mam zaledwie kilka zł na karcie. Proszę Sylwie o zasilenie za
30zl. Analizuje dlaczego tak się stało. Pewnie przed granicą zjadło mi
kilka zł na transmisji roamingowej! Ogólnie połączenia wykonywane i
odbierane to koszt ok. 3zl/min! Wojtek cieszy się długo po meczu, wiec
nie chce mu przerywać. Ja też się cieszę, że ćwierćfinał obejrzymy już
wspólnie. Jadę dalej w kierunku jakiś wysokich kominów. Czy to
Iwano-Frankiwsk?
Dziś okazuje się, że na upał bardzo
dobre są słodkie-dzikie wiśnie i małe-dzikie czereśnie rosnące przy
drodze, bądź w starych, opuszczonych sadach. Tego dnia kupuje też na wsi
słoiczek świeżych malin od chłopczyka. Smak dzieciństwa. Przy drodze
mijam teraz często przydomowe studnie wystawione jak gdyby poza
ogrodzenie domu. Woda w nich w większości przypadków nie nadaje się do
picia, jednak może służyć wędrowcom do ochłody.
Popołudniu
kupuje jeszcze paczkę kiełbasy. Skoro nie mam gazu to może uda się
rozpalić ognisko. Jadę wolno. Za wolno, ale przez wiatr nie jestem w
stanie przyspieszyć. Mijam kolejne monumentalne, betonowe pomniki przy
drodze pamiętające jeszcze poprzednie ustroje polityczne. Przed
wieczorem docieram w okolice kominów, do dużego socjalistycznego jak
mniemam ośrodka wypoczynkowego nad jeziorem w miejscowości Bursztyn.
Rozbijam namiot i rozpalam ognisko.
Tylko
kiełbasa jakaś taka niesmaczna. Zdaje się ze ten ser (!) w środku psuje
smak. Jem dwie mimo wszystko i kładę się spać. Słyszę jakąś dyskotekę w
niedaleko położonym ośrodku. Nawet nie myślę, żeby pytać kogoś o zgodę i
opłatę za namiot. Nota bene sprawa biwaków jest na Ukrainie w moim
odczuciu mocno nieuregulowana.
Dzień 3. Bursztyn-Kosów. 402km.
26.06.2016
Kierunek góry.
Niedziela.
Małe zatłoczone autobusy są dziś pełne eleganckich pań w białych
bluzkach i kolorowych chustach na głowie. Po godzinie jazdy wyprzedza
mnie rowerzysta na kolarzówce. Wymieniamy parę serdecznych zdań
dotyczących celów naszej wyprawy. On jedzie do Iwano-Frankiwsk i z
powrotem – taki niedzielny trening. W miejscowości Halicz przekraczam
rzekę Dniestr. Kilka kilometrów dalej robię kilka zdjęć przed Muzeum
Etnograficznym „Dawny Halicz”.
W
Iwano-Frankiwsk zatrzymuje się na zakupy. Przed sklepem patrzę jeszcze
raz na mapę. Podchodzi do mnie Ukrainiec w średnim wieku i pyta czy
zabłądziłem. Z rozmowy wynika, że pracował w Polsce (we Wrocławiu i
Krakowie). Tłumaczy mi jak najlepiej przejechać przez miasto, abym
trafił na drogę H10. Za Iwano-Frankiwsk skręcam w boczną drogę na
zasłużoną kąpiel w rzece (z szamponem!).
W
Otynii znajduję polski kościół, ale Msza Św. była tu wczoraj o 15. Znów
jest gorąco, chowam się w cieniu kościoła. Robię zdjęcie fasady
kościoła, na którym wiszą tablice informujące o rocznicach zwycięskich
bitew pod Wiedniem króla Jana III Sobieskiego, oraz bitwy pod
Grunwaldem.
Jadę
dalej, co jakiś czas mijam zaprzęgi konne i wozy drabiniaste do siana.
Bolą mnie dłonie i stopy, które najbardziej przypaliłem na słońcu. Co
jakiś czas na kilka kilometrów koczy się asfalt i jadę drogą
piaszczystą. Jestem strasznie ukurzony. Popołudniu docieram do Kołomyi,
gdzie poszukuje śladów polskości. Znajduje takie przy rzymsko-katolickim
kościele Jezuitów. Jest tu tablica poświęcona Piotrowi Skardze, polskie
ogłoszenia i informacja o kościele, również stare zdjęcia świątyni.
Odnajduje
budynek Sokoła i ul. Mickiewicza. Na rynku proszę o zrobienie zdjęcia,
które jak się okazuje robi dziewczyna z Polski, która tu przyjeżdża na
wakacje. Nie dopytałem niestety jaka jest jej historia. Powiedziała
jedynie ze uczy się polskiego i mieszka teraz w Warszawie. Miała
wschodni akcent. W centrum przejeżdżam jeszcze obok Muzeum Pisanki i
krótko słucham występu zespołu ludowego.

Postanawiam
zjeść cos dobrego w Kołomyi przed wyruszeniem w góry. W centrum otwarta
jedynie pizzeria. Jestem zdecydowany, choć szkoda, że to nie makaron na
który się nastawiłem. Płace 45 hr. Jest już popołudnie. Chce wysłać sms
i nie mogę. No ładnie. Jestem jak Aleksander Doba na oceanie,
pomyślałem. Czytałem o tym jak wypstrykał się z kasy SMSami na oceanie.
Łapie jakąś sieć wifi i wysyłam maila do domu. Sprawdzam później kilka
razy, czy dostałem odpowiedz. Nic z tego. Może jednak się nie wysłało?
Za Kołomyją kupuje od babci w złotych zębach (ta jakiś standard po
50-tce na Ukrainie) słoik pysznych malin. Widzę już góry. Podjazdy
znacznie się wydłużają. Nie patrzę jednak za siebie by nie stracić tempa
na podjeździe. Cały czas myślę, czy w domu dostali moja wiadomość.
Czemu nie odpisują? A może próbują dzwonić, ale nie mogą bo ja nie mam
środków? Mijam sklep z napisem Vodafone "life" i postanawiam kupić
ukraińską kartę SIM. W końcu mam telefon dualsim. Dzwonie i pisze sms,
na tyle pozwoliły mi 40hr. Przynajmniej ja mam pewność, że Rodzina wie
co ze mną się dzieje. Przychodzi mi do głowy nowy pomysł połączeń przez
hangout ze stacji benzynowych. Spróbuje jutro.

Przejeżdżam
przez teren zwany Huculszczyzną. Imponują mi zadbane małe zagrody
górali-rolników, piękne ogrody i studnie żurawie. Docieram do Kosiv
(polskie: Kosów) około godz. 20, wiec już prawie ciemno.
Na
tyłach stacji benzynowej siedzi grupa może 8 młodych ludzi. Pytam, czy
gadają po angielsku i bardzo się ucieszyłem, że dwoje z nich biegle
władało zachodnią mową. Okazało się ze nasza rozmowa trwała dobre 60
minut. Ludzie byli ciekawi mojej wyprawy, trasy, motywacji, przygód.
Pytam o miejsce na biwak. Ostatecznie zaproponowali mi miejsce na
rozbicie namiotu na tyłach hotelu ich znajomego. Głównie chodziło o mój
bezpieczny pobyt w górach. Jeden telefon i wszystko było załatwione. Na
biwaku przychodzi zasilenie od Sylwii (50zł - starczy prawie na 50
SMSów). Zasypiałem przy śpiewie leśnych ptaków, bezpieczny i pewny, ze
nie spotka mnie dziś niedźwiedź.
Dzień 4. Kosów-Kałusz. 591km.
27.06.2016
Zmiana pogody i ukraiński barszcz.
Ze starej mapy wynikało ze Kosów był najdalej wysuniętą dużą osadą na południe ówczesnej Polski.
Ja
jadę jednak jeszcze trochę dalej do miejscowości Wierchowina, skąd
postanawiam wysłać kartkę do domu. Wchodzę na pocztę i nie jestem pewien
czy to poczta, czy magazyn opon do Ziła, albo sortownia paczek. Przede
mną 3 osoby w kolejce, ale idzie wolno, wiec rezygnuje i jadę do
następnego punktu. Znajduje niedaleko inną pocztę. Znaczki są, ale nie
ma widokówek. Uprzejma młoda pani wysyła mnie do muzeum 200m dalej, ale
niestety jest zamknięte. Wracam z powrotem i Pani z poczty prowadzi mnie
jeszcze w inne miejsce, do jakiegoś sklepu z ubraniami. Są tam trzy
różne kartki z widokiem na góry. Biorę wszystkie skoro tak ciężko było
je zdobyć. Wracamy na pocztę. Kupuje znaczek do Polski za 20hr. Pani
pomaga mi jeszcze w napisaniu nazwy miejscowości cyrylicą, wypisuje
pozdrowienia i wysyłam.
Pogoda się zmienia. Przychodzą chmury. Zmienia się tez wiatr, wiec znowu będzie wiało pod koła. Długo jadę przez góry.
W
jednej górskiej gospodzie próbuje pysznego barszczu ukraińskiego.
Jałowa zupa z dodatkiem mięsa wołowego z tłuszczem, do tego kwaśna
śmietana i koperek. Wygląda i smakuje wyśmienicie – wrażenie robi na
mnie otoczka tłuszczu wokół zupy na łyżeczce – wszystko ładnie się
komponuje. Po skończonym posiłku zaczyna padać. Słyszę burzę. Musze
schować się na przystanku. Zziębnięty czekam tam 2h aż będę mógł
wyruszyć dalej.
Przejeżdżam
przez Worochtę - centrum turystyki w tym regionie (na zdjęciach
skocznia narciarska, w mieście pamiątki, dworzec autobusowy i kolejowy
pełne turystów z wielkimi plecakami). Próbuję rozgrzać się jeszcze jedną
zupą w gospodzie. Tym razem otrzymuję też dodatkowo wyśmienity w smaku
pierożek (ciasto czosnkowe i słone mięsne nadzienie w środku).
Za
Worochtą przejeżdżam pod kamiennym wiaduktem kolejowym z XIXw. Nie mogę
jechać szybko na zjazdach, bo kałuże ukrywają częste dziury na drodze.
W
miejscowości Jaremcze zatrzymuje się jeszcze na naleśnika i kawę. Ale
dziś dużo jem! Uzupełniam kalorie jakie straciłem, przy mojej walce z
zimnem i zmęczeniem. Później już tylko ostro pedałuje w stronę
północno-zachodnią. Za Stanisławowem dopada mnie zmęczenie. Jest już po
północy i tylko dobre przednie światło w rowerze dodaje mi pewności w
jeździe przez lasy. Boje się ze zasnę na rowerze. Przez pogodę żaden z
banków energii się dziś nie doładował. Przez ostatnie 30km nie widziałem
stacji, ani otwartego sklepu. Bateria w telefonie ma tylko 13%
naładowania. Szybki SMS do Sylwii i rozbijam namiot z pomocą latarki w
telefonie. Kończę kiedy bateria ma 1%. Koniec prądu. To najszybciej
rozbity namiot w historii! W środku namiotu świecę sobie jeszcze
wyświetlaczem z cyfrowego aparatu. Tylko kto mnie obudzi?
Dzień 5. Kałusz-Przemyśl. 802km.
28.06.2016
Leje jak z ukraińskiego cebra.
Wstaje
i słyszę jak krople deszczu uderzają o namiot. Śpię zatem jeszcze
chwilę i daje obeschnąć tropikowi. Wyruszam z lasu przed miejscowością
Kałusz ok. 6:30. Ten dzień to niekończąca się walka z zimnem i deszczem,
który padał od 7 rano do godz. 18. Deszczówka, którą zakupiłem na
stacji benzynowej za 24hr (tania jak ukraiński barszcz) jest najlepsza
pamiątką i wizytówką tego dnia. Jadę przez Dolinę, Stryj, Drohobycz,
Sambor. Wrażenie robią jeszcze na mnie blokowiska w Drohobyczy. Brudne,
stare, z bezpańskimi psami, ale także zagonami z warzywami i drzewami
owocowymi dookoła bloków.
Około
godziny 1 w nocy przekraczam przejście graniczne. Bogu niech będą
dzięki! Czuję się jakoś bezpieczniej teraz. Do Przemyśla tylko 15km.
Celnik dziwi się, że mam mało pieczątek w paszporcie i pyta, czy
pierwszy raz byłem na Ukrainie. Celniczka pyta o papierosy i alkohol.
Zagląda do sakw, ale ostrzegam ja przed brudnymi rzeczami i odpuszcza.
Mimo
bardzo późnej pory, ludzi i samochodów jest tu więcej niż przed
pięcioma dniami. Dobrze, że dla EU była osobna kolejka. Jadę ostatni
odcinek. Strasznie zimno. Tylko 13st (to już nie 40 sprzed paru dni).
Jadę wiec bez przystanków pedałując non stop. Ruszam przy tym tułowiem
dla rozgrzewki. Rower piszczy przeraźliwie po tym deszczu (mam smar, ale
nie mam siły i ochoty go teraz smarować), a przerzutki już się tak
dobrze nie przełączają. W domu wymienię staruszkowi łańcuch i kasetę -
za zasługi. W Przemyślu otwarty jest całodobowy bar przy dworcu, który
poleca mi Strażnik Ochrony Kolei. Zamawiam barszcz ukraiński (a jakże) i
schabowego z frytkami. Do odjazdu pociągu jeszcze 5 godz. Resztę czasu
spędzę w poczekalni dworca PKP.
Ciekawostki:
- Moja podstawowa znajomość języka rosyjskiego została szybko
zweryfikowana w pierwszym sklepie spożywczym na Ukrainie. Okazało się,
ze nawet podstawowe zwroty jak „dzień dobry”, „dziękuję” w języku
ukraińskim są zupełnie inne. Za każdym postojem i rozmową z ludźmi mój
zasób niezbędnego słownictwa się powiększał.
- Ulice na wsiach nie są oświetlone, w większych miasteczkach działają
tylko niektóre lampy, ale rzadko są wyposażone w żarówki sodowe.
Sprzyja to bez wątpienia nocnym obserwacjom rozgwieżdżonego nieba.
- Czarno-czerwone flagi Bandery widziałem na całej przejechanej trasie
w Ukrainie. Są widoczne przy miejscach pamięci ich bohaterów wraz z
fotografiami, przy cmentarzach, pomnikach, czasami przy szkołach i
urzędach. Flagi państwowe Ukrainy widoczne są zdecydowanie częściej.
Zawsze towarzyszą też flagom Bandery. Uznaje to na bardzo narodowościowe
usposobienie mieszkańców zachodniej Ukrainy.
- Na granicy wymieniłem 150zł. Starczyło mi to na cały wyjazd (jedzenie i picie + pocztówki, zeszyt, karta SIM i deszczówka).
- Dzienna porcja żywieniowa (większa, gdy było zimno i padało):
pieczywo, kabanosy lub żółty ser, suche ciastka, 3 batoniki, 10 litrów
wody (z użyciem musujących tabletek z części wody robiłem izotoniki, lub
napoje magnezowo-potasowe), kefir lub jogurt pitny, 0.5l Pepsi, 2 kawy,
zupa lub makaron lub pizza lub hot-dog, owoce.
- Jedyne dzikie zwierzęta jakie widziałem to jeże i ptaki: od
skowronków i innych kolorowych śpiewaków, do drapieżnych jastrzębi,
orlików, sokołów i sów. Czasami słyszałem jedynie w namiocie
„krok-trzask” większego zwierza.
- Po drodze mijam wiele samochodów marki Łada. Choć kierowcy jeżdżą
wieloma markami samochodów zachodnich, to Łada wydaje mi się na Ukrainie
najpopularniejsza. Częściej niż w Polsce spotkać można konne zaprzęgi
na wsiach.
- Przy urzędzie pod nazwą „Poczta-Telefon-Telegraf” można złapać
darmową sieć wifi (Ukrtelecom). Moje ulubione i sprawdzone stacje
benzynowe na Ukrainie z wifi i dostępem do Internetu to Okko oraz Wog.
- Mój ekwipunek: jedzenie i picie (co najmniej 2 butelki wody w
zapasie), namiot jednoosobowy, śpiwór + ręcznik + pielucha, piżama,
bielizna, koszulki termo-aktywne x5, spodenki kolarskie x2, długie
spodnie, bluza z długim rękawem, szal, czapka, kask, mapa Ukrainy,
garnuszek + butla z gazem + palnik + scyzoryk, 3x pawerbank USB,
ładowarka słoneczna, ładowarka USB 230V, aparat kompaktowy, mydło,
szampon, szczoteczka + pasta do zębów, podstawowy zestaw narzędzi, łatki
i klej do dętek, smar, leki przeciwbólowe, chusteczki higieniczne.
Do
domu wracam pociągiem Malczewski relacji Przemyśl-Słupsk. Coś się
jednak na kolei zmieniło, świadczy o tym po pierwsze liczba naklejek z
gwiazdkami na niebieskim tle, liczba wieszaków na rowery (10 zamiast 3) i
klimatyzowane wnętrze. Wygodą jest tez bez wątpienia bezpośrednie
polaczenie z Poznaniem. A! Na PKP honorują Kartę Rodziny Dużej:) to też
cieszy. W domu dzieci na mnie czekają. Przed wyjazdem nazwały mnie
Kazikiem. Jeśli przyjdą dziś po mnie na dworzec to musze im pokazać
słynna tablice poświęconą Kazikowi Nowakowi, poznańskiemu podróżnikowi.
Książka Łukasza Wierzbickiego o przygodach Kazika jest w naszej
biblioteczce prawdziwym szlagierem. Zastanawiam się krótko o jakich
przygodach opowiem swoim dzieciom.
Przez Mołdawskie
lenno Polska sięgała co prawda do Morza Czarnego. Ja jednak jestem
zdania, ze Polska zawsze sięgała od morza do gór! Osiągnąłem plan
minimum. Nie starczyło już dni na rumuńska Bukowinę, ani Mołdawię i
Morze Czarne. Tak: jestem kozak, ale to kochana Żona i Dzieci są moimi
bohaterami.
Dzięki S+WAT!:)