poniedziałek, 11 lipca 2016

Animator 2016


W weekend wybraliśmy się na Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych Animator 2016. To kolejna dobrze zorganizowana impreza w Poznaniu, największe w Polsce wydarzenie poświęcone animacji. Tanie bilety (1 lub 2 zł za seans za osobę) skłoniły nas do zakupu biletów na trzy seanse.

Sobotę zaczęliśmy od... małej porcji lodów dla wszystkich "z jeżdżącej i muczącej furgonetki" i wspólnego spaceru po pachnącym i kolorowym rosarium na Cytadeli (wszak to imieniny Sylwii). Później byliśmy jeszcze w Muzeum Uzbrojenia. Wojtek stwierdził, że w tym roku poprosi Mikołaja o żołnierzyki w innym niż ma umundurowaniu, ażeby armia którą ma, miała z kim walczyć.

Na Scenie Wspólnej znajdującej się w okolicach Cytadeli obejrzeliśmy 5 bajek o przygodach Kiwi i Strit. Przezabawne historie dedykowane dla dzieci do ok. piątego roku życia, choć i dorośli bawili się dobrze. Brawo dla organizatorów, którzy zadbali o wprowadzenie młodych widzów w świat kinematografii. Zabawne 2 postaci mówiące w sobie tylko znanym języku w korowodzie zabrały dzieci na salę, zorganizowały zabawy z piłką w połowie projekcji (za co wszystkie dzieci dostały zasłużone brawa - Ola też wystąpiła), a na koniec odkryły z dziećmi co kryje się pod pluszową skrzynią... (krowa!)  Po seansie zgodnie stwierdziliśmy, że bajka o samolocie była najlepsza.

Następnie zrobiliśmy szybkie przetransportowanie do CK Zamek na bajkę "Przepowiednia żab". To Francuska, świetnie animowana bajka dla dzieci raczej powyżej 5 roku życia. To głównie z powodu podstępnego i bezwzględnego żółwia, który namawia do buntu na "statku" ze zwierzętami. Na szczęście całość kończy się dobrze. 

Niedziela to "Bajki Pana Wasilewskiego" w CK Zamek. Trzy polskie animacje z lat 50. Ale jakie! Wszystkie oparte na starych polskich legendach:
  • "Za króla Krakusa" - czarno-biała opowieść o smoku Wawelskim i dzielnym Szewczyku, który go pokonał i ożenił się z księżniczką - to faworyt Wojtka i Oli (trudno powiedzieć co podobało się Tomkowi, który bawił się rozkładanym fotelem),
  • "Dwie Dorotki" - świetna kolorowa animacja z morałem o dwóch siostrach: leniwej i pracowitej,
  • "Czarodziejskie dary" - tą bajkę w wersji z kijami samobijami, o biednym ale pracowitym chłopie dzieci znają z bajek na kliszy (o rzutniku Ania innym razem).
Dobrze, że film puszczony z oryginalnej taśmy 35mm, ze starego projektora trząsł się tylko na początku projekcji.

czwartek, 30 czerwca 2016

Rowerem po Ukrainie, czyli Polska od Morza do...

Kiedy ostatni raz bylem w siodle przez 5 dni? To było z Sylwią na wyprawie z Turku do Krakowa przez Wyżynę Krakowsko-Częstochowską i dalej do Oświęcimia i Trzebini (510km). Kiedy przepedałowalem ciągiem 802km? Do tej pory nigdy.

Pomysł zrodził się z mojej głowie jakiś rok temu, kiedy zobaczyłem mapę przedwojennej Polski sięgającej daleko na południowy wschód, do Kosowa w Ukraińskich Karpatach, do Chocimia, gdzie dawno temu bili się Polacy, do Kołomyi, która założył król Kazimierz Wielki (tak ten sam). Zresztą cała ta rowerowa wyprawa przybrała kryptonim "od morza do morza".

Miesiąc przed wyruszeniem na wyprawę naczytałem się o trudnościach w przewożeniu roweru w ukraińskich pociągach dlatego też postanowiłem liczyć tylko na siebie. I na swój rower rzecz jasna!

Dzień 1. Przemyśl-Lwów. 150km
24.06.2016
 
Granica.

Wysiadłem na stacji kolejowej Przemyśl chwilę po godzinie 10 rano. Tu i owdzie ludzie kręcą się w poszukiwaniu peronu, ktoś gra na akordeonie, dzieci jedzą lody. Dworcowy standard, choć akurat tu wszystko pachnące nowością. Ładny i odnowiony budynek dworca. Tylko jakaś Pani głośno uskarża się, „że świat koczy się w Rzeszowie a tu już NIC nie jeździ [..]”. Zanosi się na upał, to już wiadome, mimo wczesnej pory. Musze wymienić trochę złotówek na ukraińskie hrywny, by mieć środki na zakup wody i jedzenia na trasie. Znajduje dwa kantory - oba zamknięte. No nic przejeżdżam jeszcze przez centrum Przemyśla i kieruje się w stronę przejścia granicznego Malhowice w ciągu drogi nr 885. Postanawiam, że walutę wymienię na granicy, lub po ukraińskiej stronie. Wybrałem ciut dłuższa trasę, ale jak wynika z mapy, po mniej ruchliwej drodze. Nie mylę się. Żadnego praktycznie ruchu. Zero ciężarówek. Tylko raz w górę, raz w dół. Łagodne z pozoru wzniesienia dają się we znaki tym bardziej, że ostatnie 2 tygodnie spędziłem bez roweru (delegacja i wyprawa samochodowa na Święcenia Kapłańskie kolegi do Wiednia w Austrii).

Jadę w czterdziesto stopniowym upale. Zatrzymuję się przy sklepie spożywczym na wsi ok. 5km od granicy. Zakupuje 2 wody, Snikersa, pieczywo i kabanosy. Jestem teraz gotowy opuścić Unię Europejską. Dojeżdżam do szlabanu i ... Ani jednej żywej duszy. Szlaban i brama zamknięte. Drut kolczasty. No to ładny początek wyprawy.


Musze cofnąć się teraz ok. 15km i skierować do przejścia w Medyce. A tak chciałem ominąć drogi z ciężarówkami. W końcu jestem znowu w Przemyślu, ale tym razem na dobrej drodze. Każdy kilometr trasy dłuży się niesłychanie. Objuczony we wszystko rower z mozołem daje się prowadzić pod górę. W dół też nie pędzę szybko, bo wieje dość silny wschodni wiatr. W końcu docieram do granicy. Wymieniam 150zł na hrywny i jeszcze proszę o 10 euro „na czarną godzinę”. Od cinkciarza dowiaduje się dlaczego EUR są takie drogie (4.5zł) - brexit. Podjeżdżam do szlabanu tak jak samochody, ale ktoś zwraca mi uwagę, że rowery są odprawiane jak piesi. Idę więc „za Biedronkę” w tłumie mrówek. Dobrze, ze jest oddzielna kolejka dla obywateli EU. Ukrainiec nie chce dowodu, sięga ręką po paszport i coś mamrocze. W końcu czeka na moja odpowiedź a ja mu na to, że nie panimaju. Kobieta za mną mówi, że on się pyta czy ja będę na Ukrainie pływał (jestem bez koszulki). Ja mu na to, że nie po to biorę rower. Gość uśmiecha się i oddaje mi dokument. Jestem za granicą.

Podobnie jak u nas. Krajobraz zmieniony jest głównie przez prawosławne cerkwie w większości w kolorze niebiesko-złotym.


Wszędzie widzę ukraińskie flagi, więc myślę sobie, że mają tu jakieś święto narodowe. To nie tak - jak się później okaże, flagi wiszą na całej trasie mojego przejazdu w zachodniej i południowej Ukrainie. Zresztą oprócz żółto niebieskich są też czerwono-czarne, banderowskie.

Jakieś 30 km od granicy widzę drogowskaz w stronę kąpieliska. Nie namyślam się długo i jadę (małe jezioro jest jakieś 500m od główniej drogi). Wita mnie okrzyk znad jeziora: "kak eta wojsko polskije na rowerach"?! Siedzę we wodzie 15min, cały czas obserwując rower. Tutaj zdaje sobie sprawę, co będzie dla mnie na wyprawie najcenniejsze (oprócz roweru i kasy rzecz jasna) - paszport. Na następnym postoju postanawiam zabezpieczyć i schować go jeszcze lepiej.

20km przed Lwowem zamarzył mi się arbuz. Mam w pamięci wielkiego arbuza, którego zostawiłem dzieciom w lodowce.

Do Lwowa docieram równo z zachodem słońca. Żeby dojechać do ścisłego centrum jadę przez miasto ok 10 km. Lwów zwiedzam w trybie eksternistycznym by night. Z pewnością jest to miasto z kategorii must visit. Wpisane na listę UNESCO centrum jest bardzo urokliwe i trochę przypomina mi Kraków. Ja trochę tu jednak nie pasuje. Za dużo eleganckich młodych ludzi w trybie imprezowym.


Obszedłem z rowerem starówkę. Na ścianie rz-kat. katedry tablice w języku Polskim i Ukraińskim, wspomnienie wizyty papieża Jana Pawła II. Jest już ciemno. Postanawiam jeszcze zobaczyć jeszcze słynny Cmentarz Orląt Lwowskich. Tylko, że… nie mam mapy! Nie mogę uzyskać połączenia z Internetem przez sieć 3G. Szukam wiec najbliższego McDonald, łączę się z wifi i ściągam plan miasta. Do cmentarza ok. 3km w kierunku drogi H9, wiec pasuje. Kiedy docieram na miejsce same remonty. Klucze i nie mogę znaleźć bramy wejściowej, a ta która znalazłem jest już zamknięta. Napis informuje o cmentarzu miejskim i grobach wojskowych z okresu I WŚ (ani słowa o Polakach?).


Robię zdjęcie pamiątkowe zza bramy i udaje się na poszukiwanie pierwszego dzikiego noclegu za miastem. Ostatni drogowskaz dla turystów przy drodze każe mi jechać w kierunku „World’s end” [koniec świata]. Jestem podekscytowany.


Za Lwowem postanowiłem spełnić swoja arbuzowa zachciankę. Jest późno, otwarte są tylko małe sklepiki. Podjeżdżam do jednego z nich, gdzie pani ekspedientka wydaje towar przez małe okienko. Proszę o arbuza po Polsku. Sprzedawczyni daje mi sygnał ze nie ma pojęcia co ja mówię. Próbuje po angielsku: red watermelon. Nie. Po ros: krasnyj owoc. Pani kiwa, że wie i przynosi mi pomidora. To moja pomyłka, wszak arbuz jest zielony, więc opisuje, że tylko w środku arbuz jest czerwony i jest większy od pomidora. Widzę, że nic z tego nie będzie. Jeszcze kilka prób i się poddaje. Dobra zachciołek mija. Wypije sobie piwo na biwaku. Swoją drogą nie wiem o co chodzi z tymi arbuzami na Ukrainie: nie widziałem ich w sklepach!

Ok 20km ma południe od Lwowa skręcam do lasu i... ciemnica. Właśnie sobie uświadomiłem, że nie wziąłem latarki czołówki! Dobrze, że telefon mam naładowany i wszystkie banki energii na 100%. Na tą wyprawę zmontowałem też w rowerze specjalny układ do ładowania akumulatorków z paneli słonecznych. Pierwszy raz rozbijam mój jednoosobowy namiot zakupiony na wyprawę. Udaje się bez problemu. Trzeba jednak pamiętać ze w środku nie ma zbyt dużo miejsca na obracanie się tyłem do przodu. Jechałem dziś fragmentem bez koszulki wiec jeszcze przed spaniem smaruje rozgrzane plecy. Ręcznik i pielucha pod głowę. Dobranoc.

Dzień 2. Lwów-Bursztyn. 240km.
25.06.2016 
Mecz i kominy.

Kolejny upalny dzień. Obudziłem się około godz. 7 (8 czasu lokalnego). Teraz dopiero widzę, że las nie wygląda źle. 40min zajmuje mi zwinięcie obozowiska i zjedzenie śniadania. Stwierdzam, że nie jestem w stanie skrócić tego czasu, wiec postanawiam wstać jutro wcześniej.


Po około 10 km od miejsca noclegu zatrzymuje się na cmentarzu przy drodze, na którym dostrzegam Polską flagę i kilka pomników z lwami. Pochowani są tu Polscy żołnierze, bohaterowie z lat 1918-19.


Wieje jeszcze bardziej niż wczoraj, wiem że nie będzie lekko. Dziś jadę w kierunku dużego miasta Iwano-Frankiwsk (polski Stanisławów). Na godz. 15 planowany jest mecz 1/8 finału Euro2016 Polska-Szwajcaria. Wiem, że w Kraju są duże oczekiwania, co do naszej drużyny narodowej. Nie wiem tylko, czy na Ukrainie oglądają turniej, czy jest transmitowany w tutejszej tv, szczególnie po przegranej z Polską i odpadnięciu ich drużyny z turnieju. W porze lunchu zatrzymuje się aby ugotować makaron.


Wziąłem ze sobą tylko małą, używaną już wcześniej w górach butle z gazem (większa nie zmieściła się już do sakwy), palnik i nowy rondelek. Właśnie się zorientowałem, że została mi tylko woda lekko-gazowana – trudno robię kulinarny eksperyment. Niestety makaron jest jeszcze aldente, a gaz już się skończył. Mogłem jednak wziąć nową, dużą butlę! Trudno. Zjem jaki jest. Popijam wodą gazowaną po makaronie i jadę dalej. Jest godz. 16, kiedy wjeżdżam do wsi, w której z daleka widzę bar z anteną satelitarną. Zatrzymuję się. Leci jakaś telenowela. Próbuje zagadać po angielsku. Pani nie daje rady, ale woła koleżankę z zaplecza, a ta jest bardzo bystra. Wie czego potrzebuje, ale okazuje się, że talerz łapie dane o 433 kanałach, a Ona nie wie, czy w jakimś znajdziemy transmisję meczu. Proszę o pilota i próbuje Eurosport, programy info, polską TVP (niestety: no signal) etc. Wtedy do lokalu wchodzi młody chłopak (może 12 lat) w koszulce Figo. Gada chwilę z Ukrainką i mówi żeby poszukać ZDF. Jest! Nawet wygrywamy 1:0, choć do końca trochę czasu. Zamawiam kawę i zasiadam do oglądania. W trakcie meczu do baru przyszło kilka osób zaciekawionych chyba bardziej moją osobą niż meczem, ale nikt nie zagaduje. Niestety remis! Widzę, że ekipa zbierała się żeby zamykać, ale ostatecznie oglądamy już wszyscy razem dogrywkę i wygrany przez Polaków konkurs rzutów karnych. Ta kawa była naprawdę smaczna! Telefon do domu. Euforia.

Popołudniu okazuje się, że mam zaledwie kilka zł na karcie. Proszę Sylwie o zasilenie za 30zl. Analizuje dlaczego tak się stało. Pewnie przed granicą zjadło mi kilka zł na transmisji roamingowej! Ogólnie połączenia wykonywane i odbierane to koszt ok. 3zl/min! Wojtek cieszy się długo po meczu, wiec nie chce mu przerywać. Ja też się cieszę, że ćwierćfinał obejrzymy już wspólnie. Jadę dalej w kierunku jakiś wysokich kominów. Czy to Iwano-Frankiwsk?

Dziś okazuje się, że na upał bardzo dobre są słodkie-dzikie wiśnie i małe-dzikie czereśnie rosnące przy drodze, bądź w starych, opuszczonych sadach. Tego dnia kupuje też na wsi słoiczek świeżych malin od chłopczyka. Smak dzieciństwa. Przy drodze mijam teraz często przydomowe studnie wystawione jak gdyby poza ogrodzenie domu. Woda w nich w większości przypadków nie nadaje się do picia, jednak może służyć wędrowcom do ochłody.

Popołudniu kupuje jeszcze paczkę kiełbasy. Skoro nie mam gazu to może uda się rozpalić ognisko. Jadę wolno. Za wolno, ale przez wiatr nie jestem w stanie przyspieszyć. Mijam kolejne monumentalne, betonowe pomniki przy drodze pamiętające jeszcze poprzednie ustroje polityczne. Przed wieczorem docieram w okolice kominów, do dużego socjalistycznego jak mniemam ośrodka wypoczynkowego nad jeziorem w miejscowości Bursztyn. Rozbijam namiot i rozpalam ognisko.


Tylko kiełbasa jakaś taka niesmaczna. Zdaje się ze ten ser (!) w środku psuje smak. Jem dwie mimo wszystko i kładę się spać. Słyszę jakąś dyskotekę w niedaleko położonym ośrodku. Nawet nie myślę, żeby pytać kogoś o zgodę i opłatę za namiot. Nota bene sprawa biwaków jest na Ukrainie w moim odczuciu mocno nieuregulowana.

Dzień 3. Bursztyn-Kosów. 402km.
26.06.2016  
Kierunek góry.

Niedziela. Małe zatłoczone autobusy są dziś pełne eleganckich pań w białych bluzkach i kolorowych chustach na głowie. Po godzinie jazdy wyprzedza mnie rowerzysta na kolarzówce. Wymieniamy parę serdecznych zdań dotyczących celów naszej wyprawy. On jedzie do Iwano-Frankiwsk i z powrotem – taki niedzielny trening. W miejscowości Halicz przekraczam rzekę Dniestr. Kilka kilometrów dalej robię kilka zdjęć przed Muzeum Etnograficznym „Dawny Halicz”.


W Iwano-Frankiwsk zatrzymuje się na zakupy. Przed sklepem patrzę jeszcze raz na mapę. Podchodzi do mnie Ukrainiec w średnim wieku i pyta czy zabłądziłem. Z rozmowy wynika, że pracował w Polsce (we Wrocławiu i Krakowie). Tłumaczy mi jak najlepiej przejechać przez miasto, abym trafił na drogę H10. Za Iwano-Frankiwsk skręcam w boczną drogę na zasłużoną kąpiel w rzece (z szamponem!).


W Otynii znajduję polski kościół, ale Msza Św. była tu wczoraj o 15. Znów jest gorąco, chowam się w cieniu kościoła. Robię zdjęcie fasady kościoła, na którym wiszą tablice informujące o rocznicach zwycięskich bitew pod Wiedniem króla Jana III Sobieskiego, oraz bitwy pod Grunwaldem.


Jadę dalej, co jakiś czas mijam zaprzęgi konne i wozy drabiniaste do siana. Bolą mnie dłonie i stopy, które najbardziej przypaliłem na słońcu. Co jakiś czas na kilka kilometrów koczy się asfalt i jadę drogą piaszczystą. Jestem strasznie ukurzony. Popołudniu docieram do Kołomyi, gdzie poszukuje śladów polskości. Znajduje takie przy rzymsko-katolickim kościele Jezuitów. Jest tu tablica poświęcona Piotrowi Skardze, polskie ogłoszenia i informacja o kościele, również stare zdjęcia świątyni.




Odnajduje budynek Sokoła i ul. Mickiewicza. Na rynku proszę o zrobienie zdjęcia, które jak się okazuje robi dziewczyna z Polski, która tu przyjeżdża na wakacje. Nie dopytałem niestety jaka jest jej historia. Powiedziała jedynie ze uczy się polskiego i mieszka teraz w Warszawie. Miała wschodni akcent. W centrum przejeżdżam jeszcze obok Muzeum Pisanki i krótko słucham występu zespołu ludowego.


Postanawiam zjeść cos dobrego w Kołomyi przed wyruszeniem w góry. W centrum otwarta jedynie pizzeria. Jestem zdecydowany, choć szkoda, że to nie makaron na który się nastawiłem. Płace 45 hr. Jest już popołudnie. Chce wysłać sms i nie mogę. No ładnie. Jestem jak Aleksander Doba na oceanie, pomyślałem. Czytałem o tym jak wypstrykał się z kasy SMSami na oceanie. Łapie jakąś sieć wifi i wysyłam maila do domu. Sprawdzam później kilka razy, czy dostałem odpowiedz. Nic z tego. Może jednak się nie wysłało? Za Kołomyją kupuje od babci w złotych zębach (ta jakiś standard po 50-tce na Ukrainie) słoik pysznych malin. Widzę już góry. Podjazdy znacznie się wydłużają. Nie patrzę jednak za siebie by nie stracić tempa na podjeździe. Cały czas myślę, czy w domu dostali moja wiadomość. Czemu nie odpisują? A może próbują dzwonić, ale nie mogą bo ja nie mam środków? Mijam sklep z napisem Vodafone "life" i postanawiam kupić ukraińską kartę SIM. W końcu mam telefon dualsim. Dzwonie i pisze sms, na tyle pozwoliły mi 40hr. Przynajmniej ja mam pewność, że Rodzina wie co ze mną się dzieje. Przychodzi mi do głowy nowy pomysł połączeń przez hangout ze stacji benzynowych. Spróbuje jutro.


Przejeżdżam przez teren zwany Huculszczyzną. Imponują mi zadbane małe zagrody górali-rolników, piękne ogrody i studnie żurawie. Docieram do Kosiv (polskie: Kosów) około godz. 20, wiec już prawie ciemno. 


Na tyłach stacji benzynowej siedzi grupa może 8 młodych ludzi. Pytam, czy gadają po angielsku i bardzo się ucieszyłem, że dwoje z nich biegle władało zachodnią mową. Okazało się ze nasza rozmowa trwała dobre 60 minut. Ludzie byli ciekawi mojej wyprawy, trasy, motywacji, przygód. Pytam o miejsce na biwak. Ostatecznie zaproponowali mi miejsce na rozbicie namiotu na tyłach hotelu ich znajomego. Głównie chodziło o mój bezpieczny pobyt w górach. Jeden telefon i wszystko było załatwione. Na biwaku przychodzi zasilenie od Sylwii (50zł - starczy prawie na 50 SMSów). Zasypiałem przy śpiewie leśnych ptaków, bezpieczny i pewny, ze nie spotka mnie dziś niedźwiedź.

Dzień 4. Kosów-Kałusz. 591km.
27.06.2016  
Zmiana pogody i ukraiński barszcz.

Ze starej mapy wynikało ze Kosów był najdalej wysuniętą dużą osadą na południe ówczesnej Polski.


Ja jadę jednak jeszcze trochę dalej do miejscowości Wierchowina, skąd postanawiam wysłać kartkę do domu. Wchodzę na pocztę i nie jestem pewien czy to poczta, czy magazyn opon do Ziła, albo sortownia paczek. Przede mną 3 osoby w kolejce, ale idzie wolno, wiec rezygnuje i jadę do następnego punktu. Znajduje niedaleko inną pocztę. Znaczki są, ale nie ma widokówek. Uprzejma młoda pani wysyła mnie do muzeum 200m dalej, ale niestety jest zamknięte. Wracam z powrotem i Pani z poczty prowadzi mnie jeszcze w inne miejsce, do jakiegoś sklepu z ubraniami. Są tam trzy różne kartki z widokiem na góry. Biorę wszystkie skoro tak ciężko było je zdobyć. Wracamy na pocztę. Kupuje znaczek do Polski za 20hr. Pani pomaga mi jeszcze w napisaniu nazwy miejscowości cyrylicą, wypisuje pozdrowienia i wysyłam.


Pogoda się zmienia. Przychodzą chmury. Zmienia się tez wiatr, wiec znowu będzie wiało pod koła. Długo jadę przez góry.


W jednej górskiej gospodzie próbuje pysznego barszczu ukraińskiego. Jałowa zupa z dodatkiem mięsa wołowego z tłuszczem, do tego kwaśna śmietana i koperek. Wygląda i smakuje wyśmienicie – wrażenie robi na mnie otoczka tłuszczu wokół zupy na łyżeczce – wszystko ładnie się komponuje. Po skończonym posiłku zaczyna padać. Słyszę burzę. Musze schować się na przystanku. Zziębnięty czekam tam 2h aż będę mógł wyruszyć dalej.


Przejeżdżam przez Worochtę - centrum turystyki w tym regionie (na zdjęciach skocznia narciarska, w mieście pamiątki, dworzec autobusowy i kolejowy pełne turystów z wielkimi plecakami). Próbuję rozgrzać się jeszcze jedną zupą w gospodzie. Tym razem otrzymuję też dodatkowo wyśmienity w smaku pierożek (ciasto czosnkowe i słone mięsne nadzienie w środku).


Za Worochtą przejeżdżam pod kamiennym wiaduktem kolejowym z XIXw. Nie mogę jechać szybko na zjazdach, bo kałuże ukrywają częste dziury na drodze.


W miejscowości Jaremcze zatrzymuje się jeszcze na naleśnika i kawę. Ale dziś dużo jem! Uzupełniam kalorie jakie straciłem, przy mojej walce z zimnem i zmęczeniem. Później już tylko ostro pedałuje w stronę północno-zachodnią. Za Stanisławowem dopada mnie zmęczenie. Jest już po północy i tylko dobre przednie światło w rowerze dodaje mi pewności w jeździe przez lasy. Boje się ze zasnę na rowerze. Przez pogodę żaden z banków energii się dziś nie doładował. Przez ostatnie 30km nie widziałem stacji, ani otwartego sklepu. Bateria w telefonie ma tylko 13% naładowania. Szybki SMS do Sylwii i rozbijam namiot z pomocą latarki w telefonie. Kończę kiedy bateria ma 1%. Koniec prądu. To najszybciej rozbity namiot w historii! W środku namiotu świecę sobie jeszcze wyświetlaczem z cyfrowego aparatu. Tylko kto mnie obudzi?

Dzień 5. Kałusz-Przemyśl. 802km.
28.06.2016  
Leje jak z ukraińskiego cebra.

Wstaje i słyszę jak krople deszczu uderzają o namiot. Śpię zatem jeszcze chwilę i daje obeschnąć tropikowi. Wyruszam z lasu przed miejscowością Kałusz ok. 6:30. Ten dzień to niekończąca się walka z zimnem i deszczem, który padał od 7 rano do godz. 18. Deszczówka, którą zakupiłem na stacji benzynowej za 24hr (tania jak ukraiński barszcz) jest najlepsza pamiątką i wizytówką tego dnia. Jadę przez Dolinę, Stryj, Drohobycz, Sambor. Wrażenie robią jeszcze na mnie blokowiska w Drohobyczy. Brudne, stare, z bezpańskimi psami, ale także zagonami z warzywami i drzewami owocowymi dookoła bloków.


Około godziny 1 w nocy przekraczam przejście graniczne. Bogu niech będą dzięki! Czuję się jakoś bezpieczniej teraz. Do Przemyśla tylko 15km. Celnik dziwi się, że mam mało pieczątek w paszporcie i pyta, czy pierwszy raz byłem na Ukrainie. Celniczka pyta o papierosy i alkohol. Zagląda do sakw, ale ostrzegam ja przed brudnymi rzeczami i odpuszcza.

Mimo bardzo późnej pory, ludzi i samochodów jest tu więcej niż przed pięcioma dniami. Dobrze, że dla EU była osobna kolejka. Jadę ostatni odcinek. Strasznie zimno. Tylko 13st (to już nie 40 sprzed paru dni). Jadę wiec bez przystanków pedałując non stop. Ruszam przy tym tułowiem dla rozgrzewki. Rower piszczy przeraźliwie po tym deszczu (mam smar, ale nie mam siły i ochoty go teraz smarować), a przerzutki już się tak dobrze nie przełączają. W domu wymienię staruszkowi łańcuch i kasetę - za zasługi. W Przemyślu otwarty jest całodobowy bar przy dworcu, który poleca mi Strażnik Ochrony Kolei. Zamawiam barszcz ukraiński (a jakże) i schabowego z frytkami. Do odjazdu pociągu jeszcze 5 godz. Resztę czasu spędzę w poczekalni dworca PKP.

Ciekawostki:
  • Moja podstawowa znajomość języka rosyjskiego została szybko zweryfikowana w pierwszym sklepie spożywczym na Ukrainie. Okazało się, ze nawet podstawowe zwroty jak „dzień dobry”, „dziękuję” w języku ukraińskim są zupełnie inne. Za każdym postojem i rozmową z ludźmi mój zasób niezbędnego słownictwa się powiększał.
  • Ulice na wsiach nie są oświetlone, w większych miasteczkach działają tylko niektóre lampy, ale rzadko są wyposażone w żarówki sodowe. Sprzyja to bez wątpienia nocnym obserwacjom rozgwieżdżonego nieba.
  • Czarno-czerwone flagi Bandery widziałem na całej przejechanej trasie w Ukrainie. Są widoczne przy miejscach pamięci ich bohaterów wraz z fotografiami, przy cmentarzach, pomnikach, czasami przy szkołach i urzędach. Flagi państwowe Ukrainy widoczne są zdecydowanie częściej. Zawsze towarzyszą też flagom Bandery. Uznaje to na bardzo narodowościowe usposobienie mieszkańców zachodniej Ukrainy.
  • Na granicy wymieniłem 150zł. Starczyło mi to na cały wyjazd (jedzenie i picie + pocztówki, zeszyt, karta SIM i deszczówka).
  • Dzienna porcja żywieniowa (większa, gdy było zimno i padało): pieczywo, kabanosy lub żółty ser, suche ciastka, 3 batoniki, 10 litrów wody (z użyciem musujących tabletek z części wody robiłem izotoniki, lub napoje magnezowo-potasowe), kefir lub jogurt pitny, 0.5l Pepsi, 2 kawy, zupa lub makaron lub pizza lub hot-dog, owoce.
  • Jedyne dzikie zwierzęta jakie widziałem to jeże i ptaki: od skowronków i innych kolorowych śpiewaków, do drapieżnych jastrzębi, orlików, sokołów i sów. Czasami słyszałem jedynie w namiocie „krok-trzask” większego zwierza.
  • Po drodze mijam wiele samochodów marki Łada. Choć kierowcy jeżdżą wieloma markami samochodów zachodnich, to Łada wydaje mi się na Ukrainie najpopularniejsza. Częściej niż w Polsce spotkać można konne zaprzęgi na wsiach.
  • Przy urzędzie pod nazwą „Poczta-Telefon-Telegraf” można złapać darmową sieć wifi (Ukrtelecom). Moje ulubione i sprawdzone stacje benzynowe na Ukrainie z wifi i dostępem do Internetu to Okko oraz Wog.
  • Mój ekwipunek: jedzenie i picie (co najmniej 2 butelki wody w zapasie), namiot jednoosobowy, śpiwór + ręcznik + pielucha, piżama, bielizna, koszulki termo-aktywne x5, spodenki kolarskie x2, długie spodnie, bluza z długim rękawem, szal, czapka, kask, mapa Ukrainy, garnuszek + butla z gazem + palnik + scyzoryk, 3x pawerbank USB, ładowarka słoneczna, ładowarka USB 230V, aparat kompaktowy, mydło, szampon, szczoteczka + pasta do zębów, podstawowy zestaw narzędzi, łatki i klej do dętek, smar, leki przeciwbólowe, chusteczki higieniczne.
Do domu wracam pociągiem Malczewski relacji Przemyśl-Słupsk. Coś się jednak na kolei zmieniło, świadczy o tym po pierwsze liczba naklejek z gwiazdkami na niebieskim tle, liczba wieszaków na rowery (10 zamiast 3) i klimatyzowane wnętrze. Wygodą jest tez bez wątpienia bezpośrednie polaczenie z Poznaniem. A! Na PKP honorują Kartę Rodziny Dużej:) to też cieszy. W domu dzieci na mnie czekają. Przed wyjazdem nazwały mnie Kazikiem. Jeśli przyjdą dziś po mnie na dworzec to musze im pokazać słynna tablice poświęconą Kazikowi Nowakowi, poznańskiemu podróżnikowi. Książka Łukasza Wierzbickiego o przygodach Kazika jest w naszej biblioteczce prawdziwym szlagierem. Zastanawiam się krótko o jakich przygodach opowiem swoim dzieciom.

Przez Mołdawskie lenno Polska sięgała co prawda do Morza Czarnego. Ja jednak jestem zdania, ze Polska zawsze sięgała od morza do gór! Osiągnąłem plan minimum. Nie starczyło już dni na rumuńska Bukowinę, ani Mołdawię i Morze Czarne. Tak: jestem kozak, ale to kochana Żona i Dzieci są moimi bohaterami.

Dzięki S+WAT!:)

sobota, 4 czerwca 2016

sobota, 28 maja 2016

Legenda o turze

Napisana przeze mnie Legenda o turze dość niespodziewanie wygrała literacki  konkurs organizowany przez Miejską Bibliotekę publiczną w Turku w związku z obchodami 675-lecia nadania praw miejskich. Dziś podczas obchodów Dni Turku i Gminy Turek na OSiRze w moim rodzinnym mieście odbyło się uroczyste wręczenie nagród.

Legenda opowiada o losach ostatniego tura - przywódcy stada z tureckich lasów. To przez te lasy przejeżdżamy jadąc od jednych do drugich dziadków. Cieszę się, że historia spisana dla moich dzieci spodobała się także jury.

Jest jeszcze kilka historii opowiadanych dzieciom na dobranoc, gdy wiersze z pamięci już się skończyły, a dzieci jeszcze nie spały,  opowieści "zmyślonych" podczas naszych podróży, które czekają na przelanie na papier... Słyszał ktoś może o Indianinie z Karpacza?

piątek, 27 maja 2016

Ilustracje Katarzyny Bojerowicz: wernisaż


To nasz pierwszy wspólny wernisaż wystawy. Dzieci były zachwycone. Po pierwsze świeżymi truskawkami (Tomek zjadł chyba najwięcej) i sokiem owocowym w kieliszkach do wina, po drugie pięknymi ilustracjami poznańskiej ilustratorki.

Kuropatwy, sowy, koty, nocne straszydła i mysz w kaloszach podobały się wszystkim.

 
Przy okazji odkryliśmy #Najlepsze-w-Poznaniu-miejsce-na-lody: przy Bamberce.

niedziela, 8 maja 2016

Syrop piniowy

Pamiętam, gdy miałem naście lat i jeździłem motorowerem do lasu po sosnę dla Dziadka Adama. Od tego czasu majowe wycieczki do lasu kojarzą mi się właściwie tylko z zapachem sosny. Cudnie pachnący lek na kaszel jest naszym podstawowym, naturalnym, domowym wspomagaczem w walce z jesienno-zimowym przeziębieniem. Ponoć zawarte w młodych piniowych pędach sole mineralne, węglowodany i witamina C działają naprawę skutecznie przy chorobach górnych dróg oddechowych, a ponadto wzmacniają odporność organizmu.

Dziś z tygodniowym opóźnieniem względem ubiegłego roku wybraliśmy się do lasu po młode pędy sosnowe. Dzieci z zapałem zbierały słodkie i pachnące pędy do swojej torebeczki. Dzięki temu w piwnicy stoją już dwa pełne garnki - mój duży i dzieci mały. Wszystko pod pokrywkami zasypane 0.5kg cukru.

Teraz czekamy 2 tygodnie aż sosna puści sok w ciemnościach i syrop na kaszel gotowy. W tym roku eksperyment: część syropu zalejemy spirytusem (to będzie wersja "dla dorosłych" - może do herbaty?).

A pewnie zebralibyśmy jeszcze więcej, gdyby Tomek nie bał się tak panicznie wszędobylskich mrówek! Ale nic straconego - za tydzień pędy będą się jeszcze nadawały... W nagrodę za pomoc przy pracy poszliśmy wieczorem na karuzelę, która zagościła w naszej okolicy - co za radość dla wszystkich :)

sobota, 7 maja 2016

Cztero-poziomowy parking dla aut

Rodzinne popołudnie zamieniło się w zajęcia warsztatowe z dziećmi. Kilka kawałków szarej płyty MDF 6, gwoździki i młoteczek i parking dla "hot weels'ów" (i nie tylko) gotowy!
I przy okazji wiemy, że należy uzupełnić domową apteczkę, bo plasterki się skończyły. Dobrze, że był bandaż dla Taty:)

Wymiary płytek MDF do wykonania parkingu [wszystko zaprojektowane pod półkę w pokoju dzieci]:
- miejsca postojowe+daszek: 5x (11x30cm)
- ścianki boczne: 2x(34.8x11cm)
- ściana tylna: 34.8x31.2cm

piątek, 6 maja 2016

Idziemy na niedźwiedzia


W ramach rodzinnych czytanek dla najmłodszych czytałem dziś w naszej Bibliotece Raczyńskich (Filia nr 2 w Poznaniu) opowiadanie "Idziemy na niedźwiedzia" Michael Rosen i Helen Oxenbury.

Mam nadzieję, że wszystkie dzieci zapamiętały czym różni się "krok-trzask" od "szu-szu". Nasze dzieci, które znają książkę na pamięć pomagały mi w czytaniu!

Po czytankach mieliśmy jeszcze prezentację z zagadkami dotyczącymi niedźwiedzi, misiów, przytulanek itp.

wtorek, 3 maja 2016

Tu czy tam?

W majowy weekend mieliśmy okazję gościć w Warszawskiej Zachęcie na wystawie polskiej ilustracji dla dzieci. Mimo, że do Galerii dotarliśmy po całym dniu pobytu w Centrum Nauki Kopernik to starczyło nam jeszcze sił na wybór najpiękniejszych rysunków. Wybór padł na orła w koronie, kwiatek i jeża.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Z Chatką Puchatka

W bibliotece w dziale książek mówionych podświadomie chyba szukam pozycji z mojego dzieciństwa. Dzisiejsze wersje mają tą wielką zaletę, że nie trzeszczą, igła po nich nie przeskakuje, nie zapętlają się więc powtarzając w kółko jedną frazę... Jedynie rozmiar (i kolor) płyty się zmniejszył, przez co obrazek z bohaterem jest mniejszy.

Na półce w naszej bibliotece narazie znalazłem tylko Chatkę Puchatka. Ale przyznaję, że audiobook ze współczesnymi opowiadaniami o Panu Kuleczce i jego przyjaciołach znajduje lepszy odbiór u dzieci.
 
Legendy o złotej kaczce oraz o czarodziejskim młynku, że nie wspomnę o magicznym Toto znalazłem ostatnio w kolekcji Bajki-grajki. Będą czekać więc na swoją kolej - gdyby nie te legendy, to do dziś nie wiedziałbym dlaczego woda w morzach jest słona... :)

niedziela, 10 kwietnia 2016

Wiosenne eko zasiewy


Mimo przepadującego cały dzień deszczu posadziliśmy w weekend na polu u dziadków warzywa. Kalarepa, trzy zagony marchewki, zagon dwóch gatunków cebuli, trzy zagony buraków, a także rzodkiewka już rosną i słuchają śpiewów skowronka. Sianie nasion sprawiło wszystkim ogrodnikom dużą frajdę. A i kury cieszą się po tym jak zjadły pół doniczki dżdżownic i pędraków;)
Tylko mnie było dziś trudniej niż zawsze wstać z łóżka:)

Na nasze eko-uprawy czekają już skrzynki w piwnicy... i sokowirówka też! Więc niech wszelkie szkodniki i susza omijają naszą plantację.

Na polu rośnie jeszcze rumianek - samosiejka z ubiegłego roku. Będzie jak znalazł na jesienne wieczory.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Kakaowe wafelki weekendowe

Przepis na wysokoenergetycze wafelki kakaowe od mojej pra-babci Wiktorii (doskonałe na wiosenne weekendy):

Nadzienie:
  • kostka margaryny
  • 2 żółtka jajka od kury
  • 3 łyżki cukru
  • 1 łyżka kakao
Wszystko zmiksować. Nadzienia starczy na jedną paczkę suchych wafli.
Najlepiej nakładać nadzienie dużym nożem - przed krojeniem na mniejsze kawałki dobrze jest przycisnąć całość deską do krojenia na jedną godzinkę.

środa, 30 marca 2016

Wielkanoc 2016

Dopiero co zaczęło świtać po Wielkanocnej zmianie czasu.
Szu, szu, szu ....

- "Możemy już zaczynać"
- "A która godzina? 7:15...(!)"
Każdy chwycił swój pistolet i 'granat' - no i się zaczęło! Łóżko i pościel suszyły się do wieczora... :)

niedziela, 27 marca 2016

Kazik, Kuleczka i inni


Hans Christian Andersen, Wild swans. Illustration by Paulina Sieczkowska, 2015.
Ilustracja do baśni Hansa Christiana Andersen’a, Dzikie łabędzie.




Ależ się działo na Targach Książki dla dzieci w Poznaniu!

Zaczęło się od dość niespodziewanego spotkania z p. Łukaszem Wierzbickim na stoisku Media Rodzina. Autor kultowych w naszym domu "Kazika" i "Misia Wojtka" nie tylko porozmawiał z nami o nowej książce "Drzewo", planowanym spotkaniu w naszej osiedlowej bibliotece, ale też chętnie zrobił z dzieciakami wspólne zdjęcie z afrykańskimi rekwizytami.

Później wystawa ilustracji, na której dzieci z niebywałą wprost fantazją odkrywały tytuły czytanych wieczorami bajek. Naprawdę wiele prac zasługiwało na wyróżnienie. Obok "Dzikich łabędzi" i "Śpiącej królewny" dzieci 'odkryły' m.in. "Szary domek", który w naszej książce w domu ma inne (równie piękne) ilustracje. Śmiało można powiedzieć, że ilustracja w książce dla dzieci jest dla nas po tym spotkaniu jeszcze ważniejsza. A w planach (nawet): warszawska Zachęta w maju :) Opłacało się też napisać wiadomość do organizatorów wystawy, od których otrzymaliśmy - całkowicie za darmo - katalog z wybranymi pracami ilustratorów.

Na koniec było jeszcze spotkanie z p. Wojciechem Widłakiem, autorem bestsellerowego "Pana Kuleczki". Z tego spotkania wyszliśmy z najnowszą książką "Marzenia", z dedykacją dla całej trójki i specjalnym rysunkiem pani ilustratorki. Zostało nam jeszcze tylko jedno opowiadanie, choć pewnie na jednym przeczytaniu przygód Katastrofy, Pypcia i Bzyk-Bzyk się nie skończy...

Do domu wróciliśmy z trzema nowymi książkami. Każda jest naj- i każda ma świetne ilustracje!

niedziela, 21 lutego 2016

Domowe drabinki do ćwiczeń


Zaczęło się od pomysłu wynajęcia małej sali gimnastycznej dla dzieci na okres zimowy, a skończyło na prostej drewnianej konstrukcji w ich pokoju.

W sobotę od rana udaliśmy się po niezbędne materiały do Praktikera, Castoramy i Leroy M. Drabinki do ćwiczeń udało się zmontować tego samego dnia popołudniu. No dobra - było już po 20, kiedy sąsiad przyszedł z żalem, że nie może usiedzieć na fotelu z powodu mojej wiertarki (nawet z nami nie ma bezpośredniej ściany!). My tymczasem musieliśmy dobrze zabezpieczyć całą konstrukcję mocując ją odpowiednio do podłogi i betonowego ZBROJONEGO sufitu;) Całość została wpasowana w łóżko Tomka i stanowi jego integralną część. Dzieciaki miały w ciągu całego dnia pełno frajdy z pomagania w montażu. Wojtek wyciągnął nawet swój kask Boba Budowniczego z lampką i zestaw niezbędnych narzędzi.

Po wczorajszych pierwszych niepewnych krokach na drugi i trzeci szczebelek, dziś starsze dzieciaki pokazywały już jak dotyka się sufitu wchodząc znacznie wyżej. Koordynacja ruchowa - tego im było trzeba! No i zasady: wysoko tylko z rodzicami:)

niedziela, 14 lutego 2016

Świecący naszyjnik



- Tato, możesz mi zrobić naszyjnik?
- yyy, hmmmm
- ... taki żeby świecił!

Stwierdzam, że 3.5-letnia córka intuicyjnie wpisuje się w trend tzw. "wearables", gdzie moda i technologie łączą się ze sobą. I choć w tym przypadku nie ma mowy o zaawansowanych funkcjach (inteligencji, podłączeniu do smartfona etc.), a rola stworzonego dziś popołudniu naszyjnika sprowadza się do funkcji ozdobnych, to ciekawe jakie ubieralne gadżety będą modne w najbliższym czasie... :)

środa, 10 lutego 2016

Historia pewnego fotelika


Wiele jest w naszym domu rzeczy "przechodzonych", to jest użytkowanych w odpowiednim czasie przez wszystkie pociechy. Obok ubrań, zabawek, książeczek, płyt i różnorakich przedmiotów codziennej użyteczności jest jedna rzecz szczególna. Choć na co dzień znajduje się w piwnicy, to właściwie trudno wyobrazić sobie historię naszych małych dzieci bez niego - bez zielonego fotelika do roweru.

Zielony Fotelik firmy Hamax [mocowany do pionowej ramy roweru] zakupiłem dla najstarszego syna 1 czerwca 2011 na Dzień Dziecka zaraz po jego pierwszych urodzinach. Był to strzał w dziesiątkę. Z jednej strony Wojtkowi od razu spodobał się pomysł poruszania się z Tatą szybciej niż we wózku. Z drugiej - moje poczucie wolności, że oto znowu mogę wybrać się "na rower". Był co prawda krótki okres przyzwyczajania się do kasku (jeden musieliśmy wymienić), ale nie trwał on więcej niż 2 krótkie wycieczki po osiedlu. Postawiliśmy na kask z elastycznymi gumkami i świecącymi czerwonymi diodami LED z tyłu głowy, co było nie tylko fajnym bajerem, ale dawało większe poczucie bezpieczeństwa, kiedy wracaliśmy do domu po zmroku. Ten kask służył Wojtkowi ponad 2 lata, teraz używa go Ola.

Najlepiej wspominam wspólną wyprawę do WPN szlakiem wzdłuż Warty, gdzie naprawdę można się zgubić jadąc z mapą ;) Zdarzało się, że Wojtek zasypiał w foteliku gdy był mały - wtedy zatrzymywaliśmy się na dłuższy odpoczynek dając mu przespać się na kocu. Zielony fotelik to wiele wycieczek po Poznaniu, do Praktikera, "na Rusa" etc. Z Fotelikiem jeździliśmy cały rok do żłobka i przedszkola wprawiając w osłupienie pracujące tam wychowawczynie. Mieliśmy przy tym swoje sposoby na padający deszcz, który nigdy nam nie przeszkadzał.

W 2012 roku na swoje drugie urodziny Wojtek dostał swój pierwszy rowerek na trzech kółkach z napędem na tylną oś. Rower "Magic" Częstochowskiej firmy okazał się trafionym prezentem Dziadków z Kowali (co niejako nawiązuje tradycją do zakupów pierwszych rowerków w naszej rodzinie:)). Technikę jazdy na rowerze zaczynaliśmy w domu i na balkonie. Nie rezygnowaliśmy przy tym z podróży z zielonym fotelikiem. Wiosną 2013, kiedy Wojtek chodził do "żabek "w Przedszkolu wsiadł na swój drugi  12-calowy rower z przykręconymi bocznymi kółkami (zdjęliśmy je 13 lipca 2014 roku!) i od tego czasu jeździmy wspólnie, ale na osobnych rowerach, jeśli tylko pozwala nam na to pogoda. W zeszłym roku we wrześniu dołączyła do nas Ola na swoim czerwonym trójkołowcu i tak oto do przedszkola jeździliśmy we trójkę.

Teraz z niecierpliwością czekam na wiosnę, kiedy kupimy Wojtkowi trzeci już większy rowerek, przykręcimy Oli boczne kółka do BMXa, a na zielonym foteliku posadzimy Tomka, i razem pognamy przed siebie :)

czwartek, 28 stycznia 2016

Rolo


ROLO to jeżdżący, zdalnie sterowany robot domowej konstrukcji. Zaprojektowany i wykonany w czasie kilku długich jesienno-zimowych wieczorów z myślą o moich dzieciach, a czasami z ich osobistym udziałem skupionym zazwyczaj wokół przeróżnych (niekiedy trudnych i mądrych) pytań.

Moją główną motywacją było stworzenie robota, którego funkcjonowanie w całości będzie można zaprogramować. W sklepach wiele jest zdalnie sterowanych zabawek. Co najmniej 2 takie mamy w domu. Ich prędkość zazwyczaj nie pozwala na zabawę w domu bo są za szybkie, a funkcje pilota nieintuicyjne. Poza tym w dobie powszechnych mobilnych urządzeń chciałem stworzyć coś na kształt gry, w której steruje się nie wirtualnym, ale prawdziwym pojazdem. Problemy techniczne z jakimi musiałem się nieraz zmierzyć nauczyły mnie też czegoś nowego, a praca jaką włożyłem sprawiła mi mnóstwo frajdy.

ROLO jest więc edukacyjną, zdalnie sterowaną zabawką. Co prawda funkcjonalnie daleko mu do Baymaxa ;) ale zaprogramowany rozumek pozwala na:
  • komunikację ze światem poprzez sieć wifi,
  • orientację w przestrzeni i omijanie przeszkód za pomocą ultradźwiękowego czujnika odległości,
  • sygnalizowanie swojej obecności poprzez przednie i tylne światła LED, oraz sygnały dźwiękowe
Co oznacza nazwa?
Nasze dzieci miały, bądź mają logopedyczny problem z wymawianiem litery „R” stąd do samego zapoznania się z naszym nowym mieszkańcem potrzeba trochę gimnastyki słownej. Inna teoria mówi, że nazwa pochodzi od słowa robot, kojarzy się z rolowaniem, jeżdżeniem i jest uzupełniona o moje inicjały – każda opcja jest prawidłowa :)

Dane techniczne.
Komponenty elektroniczne:
  • Moduł ESP8266
  • Arduino Pro Mini 3.3V
  • Ultradźwiękowy czujnik odległości HC-SR04
  • Dwukanałowy sterownik silników DRV8833
  • 2 silniczki DC 3-6V
  • 2 diody LED czerwone z rezystorami 1kΩ
  • 2 diody LED żółte z rezystorami 1kΩ
  • Buzzer 3.3V
  • Przetwornica napięcia step-up 5V do zasilania czujnika pomiaru odległości
  • Przetwornica napięcia step-up 3.3V do zasilania pozostałych komponentów
Całość zasilana jest z dwóch lub czterech baterii AAA.

Funkcję komunikacyjne zapewnia moduł ESP8266 działający w paśmie 2.4GHz w trybie AP+STA. Taka konfiguracja umożliwia korzystanie z ROLO nawet w miejscach, gdzie nie ma zasięgu sieci domowej. W takich przypadkach należy połączyć się z ROLO (nazwa sieci SSID: rolo), który pełni funkcję Access Pointa.

Możliwe jest sterowanie ROLO za pomocą dowolnego urządzenia (telefon, tablet, laptop) z modemem wifi i z zainstalowaną przeglądarką www. Po połączeniu z ROLO i wpisaniu w przeglądarce internetowej adresu IP ROLO zostaje uruchomiony graficzny interfejs pozwalający na niezależne sterowanie dwoma silnikami (przód/tył), światłami (żółte z przodu, czerwone z tyłu) oraz buzzerem wydającym dźwięki. Graficzna strona www z kontrolkami umożliwiającymi nawigację jest zapisana w pamięci flash układu ESP i pobierana na urządzenie sterujące raz – po wpisaniu adresu IP ROLO w przeglądarce – takie rozwiązanie rozwiązało problem małej ilości pamięci RAM.


Układ został zaprogramowany do współpracy z Arduino Pro Mini. Moduły te komunikują się ze sobą za pomocą magistrali I2C. Zaimplementowany protokół pozwala na przesyłanie komunikatów z modułu ESP do serca ROLO (jedno zdarzenie w przeglądarce - jeden komunikat z ESP do Arduino – jedna akcja do wykonania). Wszystkie moduły wykonawcze zostały podłączone do cyfrowych portów Arduino.

Układ czujnika odległości jest autonomiczny i nie wymaga oddzielnego sterowania. Kiedy pomiar odległości wskazuje na dystans mniejszy niż 30cm ROLO zatrzymuje się, wydaje charakterystyczny odgłos i robi zwrot o 180˚ uniemożliwiając wjechanie w przeszkodę (choć już wiadomo, że „oczy” przydałyby się także z tyłu ;)). Możliwe jest także uruchomienie trybu AUTO, w którym ROLO jeździ sam i bez potrzeby sterowania omija napotkane przed sobą osoby i przedmioty – tutaj też jest sporo uciechy!

ROLO będzie miał rodzeństwo. W moich planach, a w zasadzie w przygotowaniu jest robot, który poleci w kosmos! Serio :D