wtorek, 22 lutego 2022

Zapachy Rumunii i Ukrainy

piątek, 25.06.2021

Covid-time. Dziś mam drugą dawkę szczepienia, którego nie dało się przesunąć, a od trzech miesięcy mam już bilet na lot do Kluż-Napoka w Rumunii, który jest dnia następnego. Rumunia przyjmuje turystów bez żadnych restrykcji. Co innego np. Mołdawia, Węgry, Słowacja. Przez Węgry można przejechać tranzytem jedynie autostradą zatrzymując się na wybranych MOPach. Tędy więc nie wrócę. Jeśli lecę (jadę) to pozostaje opcja powrotu do Polski przez Ukrainę, choć tej drogi nie brałem wcześniej wcale pod uwagę. Samolot do Rumunii przez Warszawę odlatuje jutro po 5 rano. Szczepienia nie odczuwam, ale wszystko tak jakby w powijakach. Myślami jeszcze jestem w pracy, a wieczorem trzeba spakować do wąskiego kartonu rower, sakwy i ekwipunek na wyprawę. W Internecie dokupuję jeszcze pakiet ubezpieczenia turystycznego z ochroną w razie zachorowania na Covid19. Wszystkie wydruki i tłumaczenia są już w foliowej osłonce. Lecę!


sobota, 26.06.2021

W samolocie zagaduje mnie pasażerka, która z dwójką dzieci wraca z Kanady przez Polskę do rodzinnego Kluż. Mówi płynną angielszczyzną. Pracuje w klonowym kraju z mężem w IT już klika lat. Mąż pasażerki dojedzie za klika dni. Całe wakacje spędzą w Rumunii, ale o Maramuresz jedynie słyszeli - nigdy nie zapuszczali się w tamte strony, choć ponoć ładnie. Hermina dziwi się na mój plan wyprawy z Rumunii do Polski. Sam? Czy wiem, że w Rumunii są prawie same góry? Czy znam Rumuński? Jest przejęta i życzliwa. Prosi abym zapisał numer do jej siostry, która na stałe mieszka w Rumunii. Mam dzwonić jeśli tylko będę w kłopotach, lub nie będę w stanie się dogadać. Pytam jeszcze czy jest bezpiecznie. Współpasażerka jakby wiedziała o krążących rumuńskich legendach i odpowiada zdecydowanie, że Rumunia nie różni się za wiele od innych europejskich krajów pod względem bezpieczeństwa. Po prostu trzeba być rozsądnym i nie chodzić gdzie nie trzeba… Zniżamy lot. Pilot informuje o niewielkim opóźnieniu względem planowanej godziny lądowania z powodu załadunku nadmiarowego bagażu w Warszawie... Widzę niewielkie wzniesienia pod miastem. Martwi mnie jedynie deszczowa chmura. Płyta lotniska jest mokra, ale deszcz przeszedł już. 

Lotnisko o wiele mniejsze niż w Poznaniu. Trochę martwię się, gdzie jest mój rower bo wszystkie bagaże już wylądowały na taśmie. Po chwili widzę go w drzwiach. Ochroniarz pomaga mi zapakować go na wózek. Wyjeżdżam przed lotnisko pod niewielkie zadaszenie na uboczu. Jest już pod wieczór, ale cały czas ciepło. Pora skręcić rower. Majsterkowanie idzie zgodnie z planem - niecała godzina i wszystkie części udało się do siebie dopasować. Jeszcze pompowanie opon i można przyczepić sakwy. Tylko mała pompka nie pozwala mi w pełni dopompować opon. W każdym razie ruszam. Powoli, żeby posprawdzać stan roweru. Kawałek za lotniskiem skręcam na stację benzynową, aby skorzystać z kompresora. Jakiś kierowca zagaduje po rumuńsku, ja jedynie się uśmiecham. Wsiadam na rower i planuję zobaczyć centrum miasta. I teraz do mnie dociera, gdzie ja jestem? I co ja robię? Do tej pory na wszystkich wyprawach dystans od domu zwiększał się wraz z czasem i był konsekwencją przepedałowanych kilometrów. Teraz bez wysiłku znalazłem się setki kilometrów od domu z ambitnym planem powrotu do niego za 6 dni.

Przed centrum Kluż blokowiska. 

Jadę powoli i przypatruje się wszystkiemu. Muszę zrobić zapasy. Lidl. Zatrzymuję się po pieczywo i wodę. Dokumenty noszę zawsze przy sobie, ale sakwy zostawiam przy rowerze. Ufam, że nigdy nic nie zniknie. W kolejce do kasy orientuję się, że nie odpiąłem jeszcze go-pro z kierownicy. Wrócić się, czy stać w kolejce? Zaraz moja kolej. Zostaję w sklepie. Pierwszy raz płacę gotówką rumuńską. Z trudem odnajduję właściwe nominały. Przy rowerze wszystko na swoim miejscu. Bliżej centrum robię pierwsze nagranie, a dalej jakiś miejski koncert. 

Nakręciłem kilka ujęć i zgłodniałem, a za chwilę dotarło do mnie, że według miejscowego czasu jest już po 19, a ja jeszcze nie mam planu. Decyduję zrobić parę kilometrów i wyjechać za miasto póki jest widno. Tego dnia zrobię jeszcze ok 30 km w kierunku północnym w poszukiwaniu dogodnego noclegu. Namiot rozbijam już z pomocą czołówki. Tylko dlaczego słyszę beczenie owiec i szczekanie psów w oddali?  

niedziela, 27.06.2021

Następnego dnia jest niedziela. Pobudka około 5 rano. Już wiem, że jestem na całkiem ładnej polanie (strona tytułowa mojego reportażu video) pod lasem z widokiem na hale owiec i kilka baraków pasterskich w oddali. Pachnie tu inaczej.

Kierunek na dziś to Alpy Rodniańskie. Poranek sugeruje, że dzień będzie upalny. Zapytany na wsi dokąd jadę odpowiadam, że do Polski - rozmówca jakby nie daje wiary - to samo usłyszę kilka razy na Ukrainie kiedy wspomnę, że ruszyłem do Polski z niemal centrum Rumunii. 

Dzieci bawią się beztrosko przy drodze na wsiach. Zaczęły się wakacje. Najgorsze są psy. Szczególnie jednego pamiętam, biegł i szczekał przy rowerze dobre kilkaset metrów zanim się zmęczył. Wypatruje kościoła katolickiego, ale nie mam szans. W jednej małej miejscowości są trzy: grekokatolicki, baptystyczny i cerkiew. Mijam msze i chóralne śpiewy. Muzyka rumuńska zgoła odmienna (jakby "disco-rumun") towarzyszy mi w sklepie samoobsługowym. Uzupełniam wszelkie zapasy, a sprzed sklepu pierwszy raz dzwonię do domu. Teren jest stale pagórkowaty, średnia z jazdy to do południa to max. 15km/h. 



Na obiad ciorba fasolowa w przydrożnej knajpie - w sumie jadłem przed chwilą, ale akurat zbiera się na burzę. Zamówiłem na migi i siedzę na tarasie, z którego widzę te same konne cygańskie zaprzęgi, które wyprzedziłem jakieś pół godziny temu. Czarne konie z czerwonymi "zakrywkami" na oczy i ludzie ubrani odświętnie. Burza przeszła i ochłodziło się. Kolejne wsie. Ale nie jest to odludzie. Jadę dobrą drogą, zabudowania zadbane, część na pewno z tego wieku, wiele drewnianych chat, ale nie ma tu biedy. Czasami tylko widzę lokalny folklor: przerobione ciągniki, wózki, panie w kolorowych chustach, garnki na płocie. Ktoś napełnia baniaki z przydrożnego źródła. Robię to samo z zamiarem użycia tej wody do picia i mycia. 







W końcu skręcam z głównej drogi w kierunku Parku Narodowego. Stąd jakieś 15km do biwaku. Mozolna wspinaczka po piaszczystej drodze. Napotkana para mówi po angielsku (tj. ona mówi). Ponoć już niedaleko do biwaku, na pewno ktoś będzie na miejscu. Oni zjeżdżają w dół, bo zaczyna padać. W tamtym roku chłopak był tu z grupą myśliwych. Pytam o niedźwiedzie. Ponoć czasami są, ale więcej tu innej zwierzyny. Jeszcze trochę podjazdów i czuję, że zbliżam się do celu. Drogę zagradza mi pies i krowy, które stoją bez ruchu. Zwalniam, pies szczeka. Liczę, że za chwilę ktoś wyjdzie z zardzewiałej przyczepy kempingowej, ale nie. Nikogo tu nie ma? Mam do wyboru dwie drogi: jedna w prawo, druga jeszcze prosto obok pasącego się stada. Skręcam w prawo, przez mostek i dojeżdżam do ruiny domu, z miejscem biwakowym. Obchodzę zabudowania, ale nie ma tutaj żywej duszy. Słychać jedynie szum potoku, dzwonki wypasanych zwierząt i ptaki. 



Nie jestem przekonany, czy to bezludne miejsce jest dostatecznie bezpieczne, aby rozbić tutaj namiot. Wracam się więc kawałek i sprawdzam drugą ścieżkę, która jak się okazuje prowadzi do jakiegoś domku. Ten jest pusty, ale gdy próbuję pukać do drzwi i okien przychodzi do mnie pies, który wcześniej zaganiał krowy. Nie szczeka. Siada metr ode mnie i nie odstępuje. Cofam się do roweru on za mną. Sprawdzam jeszcze raz mapę. Czekam w nadziei, że może ktoś się zjawi i wskaże jakieś miejsce na nocleg. Między drzewami dostrzegam jeszcze jedną ścieżkę. Jakieś 10m dalej moim oczom ukazuje się dom na drzewie. Drewniany dom zbudowany wokół pnia drzewa, ze schodkami i okienkami z dwóch stron. Wchodzę wyżej, bardziej z ciekawości. Zaglądam przez szybkę, aby sprawdzić, czy może ktoś tu bywa. Łapie za klamkę i… otwarte. W środku piękny góralski wystrój, mebelki, łóżko z pościelą… Trochę jakbym w jednej chwili znalazł się w jakiejś bajce. Schodzę i mam dylemat. Rozbić namiot w pobliżu ruin na łące, czy może przenocować w domku na drzewie (ta opcja wydaje mi się bezpieczniejsza), dumam i dumam - ale jak ktoś się tu zjawi? Byłby trochę przypał tak bez pytania, pozwolenia, zapłaty itp. A może ktoś tu mieszka na stałe? Postanawiam coś zjeść. Chwilę potem słyszę zbliżający się motor. To baca wrócił do baraku. Podchodzę i próbuję zagadywać o miejsce noclegowe. Wskazuje domek, pytam czy można go wynająć, góral nic nie rozumie. Na migi przykładam dłonie do policzka w geście spania, ten macha ręką i potwierdza, że mogę się tam przespać, pytam za ile, ale on nie chce słyszeć o żadnych pieniądzach. Szok. Wracam do roweru, zanoszę wszystko do najbardziej niezwykłego legowiska na tej wyprawie. W środku pachnie bardzo intensywnie lasem. Cały pień jest oblepiony spływającą żywicą. Za godziną jest już ciemno. Jeszcze kilka chwil z mapą i czołówką w celu opracowania planu - na razie tylko na rano. Cel jest jeden: skorzystać z obecności w Alpach Rodniańskich, wstać wcześnie rano i wdrapać się na jakąś górę. Co za nocleg mi się trafił! W łóżku na drzewie. Zasypiam z uśmiechem na ustach.

poniedziałek, 28.06.2021

Wstaję o 4 rano. W pierwszym odruchu spoglądam przez okienka, aby zobaczyć, czy wokół nie kręci się jakiś niedźwiedź. To już po powrocie do domu dowiedziałem się, że w rumuńskich Karpatach jest ich około 4 tys. Teren czysty. Śniadanie, pakowanie sakw. Dokumenty biorę ze sobą. Do tego jeszcze wodę w butelce po coli, napój energetyczny i paczkę orzechów, reszta zostaje przy rowerze tuż obok wejścia na szlak. Wchodzę na górę Batrana na wysokość 1700m. Nikogo po drodze (ani z powrotem), piękne widoki przypominające Bieszczady, albo Tatry Zachodnie. Nie mogę rozstać się z widokiem - zwłaszcza w kierunku wschodnim, gdzie szczyty toną jeszcze w chmurach, zza których świeci słońce.




Duże przestrzenie, na horyzoncie żadnego domu, schroniska, zabudowania, aż chciałoby się pójść dalej. Dzicz. Kilka ujęć, kilka filmików i schodzę. W oddali widzę pasterzy kręcących się koło bacówki, słyszę też psy poszczekujące na beczące owce. Gwizdaniem górale sterują psami, aby te sprawnie zaganiały zwierzęta. Po powrocie do druha-rowera szybki prysznic i pranie w lodowatym potoku. Wsiadam na rower, ale nie ma nigdzie moich przeciwsłonecznych okularów. Musiały wypaść mi po drodze z tylnej rowerowej kieszonki w koszulce, kiedy szedłem przez las. To najgorętszy i najbardziej słoneczny dzień tej wyprawy. Nową parę uda mi się kupić dopiero wieczorem w sportowym sklepie w Syhodzie za ok 10Eur. Zjeżdżam w dół. 10 może 15km, ciągle bez asfaltu. Mijam pasterzy z psami pędzącymi kolejne stado w górę. Coś zagadują, ale nie rozumiem ni w ząb, nawet na migi. W końcu zatrzymuję się przy drodze, bo śrubka przy błotniku się poluzowała i koletepie niemiłosiernie. W pierwszym sklepie w Romuli kupuję 2 mrożone lody i 2 Nesti z lodówki. Jest zasięg więc można skomunikować się z domem. Wypijam zimne napoje i uzupełniam zapasy. Jadę przez kolejne wsie mijając drewniane chaty i charakterystyczne bramy gospodarstw i świątyń. 






Zatrzymuję się przy jednej z nich z XVII wieku - to kościół grekokatolicki Św. Mikołaja. Jest cień. Wokół cmentarz i wysoka nieskoszona trawa. W bezpośrednim sąsiedztwie jest dwa razy wyższa cerkiew. Dwaj pracownicy w spiekocie południowej naprawiają schody. Wszystko zamknięte (pandemia) i jedynie przez szybki okien oglądam wystrój wnętrza. Zbaczam z drogi, aby zobaczyć jeszcze jedną cerkiew Narodzenia NNP w Ieud - wpisaną na listę UNESCO i zaliczaną do jednych z ładniejszych na terenie Maramuresz. Spaceruję tam chwilę po cmentarzu z krzyżami ozdobionymi kolorowymi kwiatami. Na zwiedzanie niestety tutaj też nie ma szans, zamknięte.



Kilkadziesiąt kilometrów dalej łańcuch od roweru zaczyna przeraźliwie piszczeć. Pora na odpoczynek i smarowanie. Pytam o przeciwsłoneczne okulary w kilku aptekach (do tej pory nie spotkałem żadnego turystycznego butiku) - niestety nie ma nigdzie. Ale za to w końcu są pamiątki - kupuję widokówki i bransoletkę dla Oli. W budce obok kupuję plancintę, jakby pizerkę z serem na ciepło. Jest przepyszna. Już niedaleko do Syhod Maramoski - tutaj przez booking zamawiam nocleg u gospodarzy, którzy płynnie mówią po angielsku. Gościli już niejednego rowerzystę, w tym z Polski, ale nigdy nikt sam nie jechał podobną trasą. Wieczorem w pobliskiej knajpie pod parasolem jem transylwańską zupę oglądając pierwszą połowę meczu Francja-Szwajcaria (na drugą nie miałem już sił). I dobrze - wyspałem się na kolejny etap wyprawy. Jutro czas przekroczyć granicę. Gospodarze zapewniają, że nie ma z tym żadnego problemu ostatnio…

wtorek, 29.06.2021

Poranek rozpoczynam od zakupów w piekarni-cukierni. Kupuję na migi 2 słodkie ciastka. Czekam do godz. 8 na otwarcie poczty, chcę wysłać pocztówkę do domu i znajomych. Ale na poczcie są znaczki, ale nie ma żadnych widokówek. Pani w okienku radzi abym zobaczył, czy są może w muzeum, które jest naprzeciwko, ale jeszcze jest zamknięte. Kręcę się po centrum - jest też księgarnia, ale na otwarcie jeszcze chwilę muszę poczekać. W końcu są. Kupuję chyba 8 różnych, jakby w obawie żeby nie było ich za mało. Właściciel księgarni jest bardzo serdeczny, pyta czy nie znam niemieckiego, ale z powodzeniem rozmawiamy po angielsku. Zapytuję jeszcze o zakładki do książki. Niestety nie ma żadnego wyboru, dostaję za darmo kilka, ale zupełnie niezwiązanych z Rumunią. Kiedy wychodzę, sprzedawca wyskakuje jeszcze za mną i wręcza mi dodatkowe 2 widokówki pokazując, że jest na nich uwieczniona owa księgarnia. Wracam uśmiechnięty na pocztę. Na pocztówkach przedstawiających zimową wieś z terenu Maramuresz, przed wysłaniem robię dopisek mówiący o tym, że "przejechałem ponad 300 km, aby kupić takie kartki". Jestem gotowy do drogi. Przestał w końcu kropić deszcz. Ruszam w kierunku granicy. Drewniany most i widzę już punkt odprawy. 

Podaję celnikowi mój nowy, pusty paszport. Ten wygina dokument na wszystkie możliwe sposoby, wbija pieczątkę i już mogę jechać do celników ukraińskich. Na drodze są 3 pasy, na lewym czekają 2 samochody, środkowy jest pusty, na prawym jest oznaczenie sugerujące, że służy on do jazdy rowerów. Naturalnie wybieram prawy pas i mijam stojące z lewej auto. Przejeżdżam kilka metrów i za chwilę pani z budki krzyczy za mną abym się zatrzymał, a z budynku obok wychodzi gruby celnik, ponad 50 lat w wojskowym, jasnym mundurze. Za chwilkę przychodzi drugi celnik, młodszy ode mnie. Starszy celnik każe mi zejść z roweru, cofnąć rower o kilka metrów, wziąć paszport i iść za nim. Wchodzimy na piętro budynku straży granicznej. Cisza. Celnicy rozmawiają między sobą po Ukraińsku. Starszy z nich pisze coś jednym palcem na klawiaturze. W końcu zwracają się do mnie w swoim języku. Próbuję przerzucić rozmowę na angielski, ale tylko młodszy mi odpowiada pół-słówkami. Podejrzewam, że chodzi o jakąś łapówkę, abym mógł jechać dalej. W końcu dochodzimy do tego, że chciałem przejechać granicę bez kontroli paszportowej. Staram się tłumaczyć językiem polsko-ukraińsko-angielskim, że po prostu jechałem pasem przeznaczonym dla rowerów z zamiarem zatrzymania się przy następnej "budce". Nie przyjmują żadnego tłumaczenia. Pismo napisane ukraińską cyrylicą jest już gotowe. Dostałem mandat. 130hrywien za niezatrzymanie się do kontroli granicznej! Szybki przelicznik w głowie i upewniam się, że chodzi o parę złotych. Nie zgadzam się w myślach, ale chcę już jechać dalej. Chcę zapłacić, ale okazuje się, że nie mogę tego zrobić na miejscu. Muszę jechać do najbliższej miejscowości i w specjalnym automacie uiścić opłatę. Jestem zły. Zaczął znów padać deszcz. Młodszy strażnik chyba rozumie moje poirytowanie. Kiedy starszy idzie do swoich spraw, odpala komórkę i tłumaczy mi na google street-view jak znajdę automat. Nie mam wyjścia. Jadę. Do centrum jakieś 5km. Widzę automat. Właściwie to nawet trzy różne. Dopytuję w sklepie, o który chodzi. Staję przed jednym z nich i mam multum opcji. Przełączam interfejs graficzny w trym ENG, ale tylko niektóre wyrazy są przetłumaczone. W końcu znajduję. Muszę wpisać dane do przelewu. Klawiatura z literami cyrylicy. Nie daję rady. Jakiś facet z grubym plikiem hrywien pyta, czy mi pomóc. Próbuję tłumaczyć. Woła sprzedawczynię ze sklepu. To jakby znany proceder. Mówią, że wczoraj to samo musiał zrobić jakiś rowerzysta z Rumunii. Pani ze złotym zębem jest bardzo pomocna. Został tylko nr paszportu do wpisania. Ale mój paszport ma 7 znaków, a automat potrzebuje 8! Nic nie pomaga. W końcu udaje się na drugim automacie. Dziękuję Pani - pytam, czy coś chce za przysługę, ale ona nie chce słyszeć nawet o zapłacie. Kupuję drobne sprawunki w jej sklepie i wracam na granicę. Strażnik z małej budki ma karabin. Dziwi się trochę, że znów jestem, bo byłem tu niecałą godzinę temu (sporo czasu spędziłem na automacie). Znajomy celnik kiwa mu na odległość, aby mnie wpuścił. Oddaję wydruk z automatu. Mundurowy podaje mi rękę i żegna się ze mną dość oficjalnie. Odwracam się jeszcze i na pożegnanie kiwa mi ręką także młody celnik, są wyraźnie zadowoleni, że mnie tu trochę upupili. Mają satysfakcję, ja jestem trochę wkurzony, ale jestem znów wolny. Jadę. Ale tak pada, a ja jestem tak zmęczony, że zatrzymuję się przy pierwszym sklepie pod namiotem w kolorze moro, aby się posilić. 

Jestem na Ukrainie. Przygraniczna miejscowość Sołotwyno. Na wylocie z gwarnego miasteczka w bocznej uliczce starszy pan czyści swojego Moskwicza, w naprawdę dobrym stanie. "Oczien krasiwyj" mówię, a właściciel każe mi wejść do środka. Robię jedynie zdjęcie i jadę dalej. 

Kieruję się cały czas na północny-zachód w stronę Parku Narodowego Synewyr. Leje, chowam się pod zadaszeniami sklepowymi. W okolicach Teresawy sprawdzam mapę. Widzi to jakiś krajowiec i pyta dokąd jadę. Odpowiadam, że na Synewyr. Nie może mnie zrozumieć, wszak to jakieś 100km stąd - może nie wiedzieć. Na telefonie wyłączam mapę i komunikator, aby uniknąć wysokich opłat za transmisje danych (brak jest u polskich operatorów pakietów promocyjnych na Ukrainę). Za chwilę droga staje się coraz bardziej wyboista, miejscami nie ma  jej wcale. Są wielkie kałuże. 

Nagle przychodzi sms "Konto zablokowane. Brak środków." Pięknie, jeszcze przed chwilą miałem ponad 100zł.  Ulica wije się przez wsie. Ruch jest zdecydowanie większy niż w Rumunii, a drogi są w opłakanym stanie. Jest asfalt i znika, znowu jest - nowy. I tak w kółko. Co chwila mijam Ziły, które palą ponad 100l/100km wypełnione po brzegi drewnem. Po drodze robi się ciepło. Przerwa na przebranie. Jest też poczta, ale nie ma widokówek! Szukam jakiegoś punktu w wifi, aby dać znać co u mnie i zasilić kartę. Mijam kilka stacji, ale bez Internetu. W końcu na jednej z nich dostaję cynk o kawiarni z darmowym wifi jakieś 5km dalej. I rzeczywiście jest - zamawiam kawę, przegryzam rumuńskie ciastka. Udaje mi się zasilić konto i skontaktować się z domem. Droga coraz częściej traci asfalt, a mijane wsie sprawiają wrażenie oddalonych od cywilizacji. 






Przy domach stoją krosowe motory i Ziły na drewno. Po południu tu i ówdzie palą się ogniska, wsie stają się klimatyczne, zabudowa drewniana. Asfaltu nie widzę już teraz, a droga coraz bardziej pnie się pod górę. Za mostkiem skręcam w lewo. Teraz pcham rower bardziej niż na nim jadę. Coraz wyżej: 600, 700, 800 m n.p.m. Mijam jakąś parę turystów na crossowych motorach. Machają mi na powitanie. Gdzieś w oddali słyszę dźwięki piły mechanicznej, kawałek dalej cisza. Oglądam się za siebie, czy aby nie ma jakiegoś zwierza. Po głowie mi chodzi myśl, że droga, którą jadę ma przecież oznaczenie krajowe, ale nie każdy samochód z pewnością dałby radę tu podjechać. Jestem na Zakarpaciu. Upalne, późne popołudnie. W końcu cały mokry wjeżdżam na przełęcz. Wita mnie drewniany napis #Trembita. To połonina Prislop pas - jestem wprost zachwycony widokiem.



Miałem jechać jeszcze dalej, ale rozmyślam czy nie rozbić obozu w tej okolicy. Piękny widok. Już po powrocie do domu dowiaduję się że to prawie na granicy Gorganów, najdzikszych Gór Europy. Patrząc w prawo widzę 2 osoby i jakiś samochód. Podchodzę bliżej i już widzę samochód terenowy i rozłożony namiot. Mijam dwójkę facetów w średnim wieku. - "Dobry dzien" witam się uprzejmie. -"Dzień dobry" słyszę po polsku w odpowiedzi… Zamurowało mnie. W środku cieszę się bardzo, że oto na tym odludziu spotykam Polaków. Nie dwóch, bo okazuje się, że reszta ekipy jest na spacerze, a innych po prostu nie zauważyłem wcześniej. To grupa off-roadowców - 5 ekip przemierzających ukraińskie połoniny na terenówkach. "Tylko nie rozbijaj się za blisko ogniska" słyszę zaczepnie. "Skąd się tutaj wziąłeś", "Chcesz zimne piwo?", "Możesz wziąć prysznic jeśli chcesz"…. Nie dowierzam w to co słyszę. Modliłem się o dobry i bezpieczny nocleg, to fakt, ale to co zastałem na tej ukraińskiej przełęczy na Zakarpaciu przechodzi moje wyobrażenia. Opowiadamy do późnych nocnych godzin przy rozśpiewanym ognisku nasze przygody. Nigdy jeszcze "Bieszczadzkie Anioły" i "Hej Sokoły" nie brzmiały w takich okolicznościach przyrody… Jedziemy w przeciwnych kierunkach - ja z Rumunii do Polski, oni z Polski do Rumunii przez Ukrainę i dalej z następnym turnusem do Bośni i Hercegowiny. 

środa, 30.06.2021

Rano wstaję pierwszy, aby nadrobić wczorajszą drogę.

Kilka kilometrów zjazdów z Przełęczy w stronę miejscowości Matków. Pierwszy postój w miejscowości Колочава, w większości zamieszaną przez Czechów (to akurat teren przedwojennej Czechosłowacji), z nadzieją na śniadanie w Cetnicka Stanice - pierwszym napotkanym na wyprawie schronisku, ale niestety - jeszcze za wcześnie i zamknięte. 

Po drodze przed południem zatrzymuję się na obiad w przydrożnym barze. Obsługują jakieś dziewczyny. Myślę, że to raczej jakaś praca wakacyjna, niż etat. Dogadujemy się przez google-tłumacza, choć czasami wychodzi śmiesznie. Najważniejsze, że dostaję to co zamówiłem: barszcz ukraiński i lody z kawą na deser. 

W ciągu dnia piękne widoki, raz w górę, raz długie serpentyny w dół. Na jednej z przełęczy zatrzymuje się nawet przy pamiątkach autobus z turystami. Muszę się przeciskać, żeby kupić upatrzoną ukraińską herbatę. Na koniec dnia dogania mnie w końcu burza, której kilka razy udało mi się uciec. Brakło mi piętnastu minut, abym nie przemókł do suchej nitki… Dziś nie ma szans na namiot. Zatrzymuję się w przydrożnym motelu. Piękną polszczyzną wita mnie Ukrainka w średnim wieku, która języka jak wiele innych dzieci nauczyła się na lekcji polskiego w szkole. Jem pyszny placek ziemniaczany z grzybami, kupuję drewnianą kostkę do układania w sklepiku i próbuję suszyć część ubrań w pokoju. Rower czeka w bezpiecznym miejscu.

czwartek, 01.07.2021

Poranek dziś bardzo mglisty i chłodny. Ruszam w kierunku Polski z nadzieję przekroczenia granicy pod wieczór.


W miejscowości Бориня niespodzianka. Miejscowy chłop zagaduje mnie i zaprasza do siebie na kawę i ciastka. Nie odmawiam. Do Polski w linii prostej przez góry jakieś 20km. Rozmawiamy z godzinę o tym, że gospodarz był w Polsce, o tym że obecnie wszyscy młodzi wyjechali na zachód, że trudno tutaj żyć, on chodzi o kościoła, a matka do Cerkwii, że dziś jest święto. Pyta, czy nie mógłbym go zaprosić do Polski, aby mógł ubiegać się o wizę na wyjazd… Na drogę dla dzieci dostaję gorzką czekoladę w papierku z "dolarem". Prosi abym jeszcze kiedyś go odwiedził. Jeśli przyjadę z rodziną to zamieszkam w jego mieszkaniu. 

Trudno tego dnia znaleźć wifi. Raz zapytałem młodzież, która bez problemu udostępniła mi swoje połączenie, abym mógł nadać ostatnie wiadomości. Za miastem Turka na postoju starsza kobieta zagaduje mnie jedzącego ciastka w deszczówce. Kiedy dowiaduje się że jestem z Polski, robi mi quiz z podstawowych zwrotów ukraińskich. Doskonale rozumie po polsku. Tłumaczy, że Polska jest tuż, za górami, a tutaj każdy dogada się i po polsku i ukraińsku. 
 

W miejscowości Stary Sambor ruiny katolickiego kościoła. Stare zdjęcia miasta wiszą na jednej z alei miasta. Po południu jestem w miejscowości Stara Sól. Grupa odświętnie ubranych dziewcząt z koszyczkami czeka na autobus do cerkwi. Za centrum stary polski kościół katolicki z wmurowaną tablicą pamiątkową poświęconą przez papieża JP2 z informacją o planowanej odbudowie… 

Już niedaleko. Polska za 15km. Cisza. Praktycznie żadnego ruchu przed przeprawą. 5km przed granicą patrol na drodze z zasiekami, ale ja mogę przejechać, nie muszę pokazywać żadnych dokumentów. Granica. Nie mogę przejechać sam. Zdaniem ukraińskiej strażniczki mogę przekroczyć granicę jedynie pieszo lub w samochodzie. Jej polska koleżanka nie kryje zdziwienia. Czekam więc na samochód. Mam przejechać jako "pasażer" jadąc tuż za samochodem. Na szczęście nie czekam dłużej niż 15min. To już polska strona - ostatnie pieczątki i… skierowanie na kwarantannę. Strażnik tłumaczy mi, że od 3 dni obowiązują przepisy, które zwalniają z kwarantanny po 10 dniach od szczepionki - mi minęło dopiero 6…. Później wyszukuję informacji, że kwarantanna nie powinna być nałożona jeżeli krajem początkowym podróży jest min. Rumunia…. Ale w przepisach nie ma nic o rowerzystach. Zadzwonią! W przyszłym tygodniu. Polska. Inaczej pachnie, inaczej śpiewają tu ptaki. Pod wieczór docieram do miejscowości Huwniki. Pani właścicielka jest trochę zdziwiona porą (po 21). Radzi abym wyłączył dane komórkowe, bo zasięg jest tu tylko ukraiński...

piątek, 02.07.2021

Huwniki - Kalwaria Pacławska - Przemyśl to ostatni etap podróży. Udaje się przebookować bilet pkp. W domu będę więc 3h wcześniej. Jest nawet czas na galicyjską pizzę niedaleko dworca.

Trzymajcie się tam na Ukrainie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz