wtorek, 11 kwietnia 2017

EDK17

Idę! Trzeci rok z rzędu. Wybór trasy to trochę strzał na chybił trafił. Postanawiam wybrać nieznane do tej pory miejsce docelowe (nieznajomość drogi i samo szukanie szlaku to dla mnie część wyzwania). Wybór pada na Zwolę. Poznań - Zwola 44km (to trochę mniej niż Lednica [48km] - 2016, ale trochę więcej niż Mosina-Lubiń [42km] - 2015). W kościele Św. Józefa na poznańskiej górce Św. Wojciecha byłem dwukrotnie. Moje wyobrażenie o klasztorze Karmelitów Bosych na wielkopolskiej prowincji burzy galeria zdjęć z nowo otwartej strony internetowej zgromadzenia. Mówiąc w skrócie: "teren w budowie". Cóż, nie wypada wycofać się z podjętego postanowienia ze względu na mało klimatyczne miejsce 14 stacji drogi krzyżowej.

Ruszam z domu chwilę po 19, upewniony dwoma poprzednimi razami, że Msza rozpocznie się o 20, a po niej wymarsz  (czy tak nie było w opisie?). W punkcie zbiórki jestem ok. 20:00 - ktoś chowa tabliczkę "Zapisy" zawieszoną na bramie co daje mi do zrozumienia, że w czasie Mszy zapisów nie ma. Zawracam z podwórka do drzwi kościoła, ale słyszę nawoływanie "EDK? Dokąd", "Do Zwoli", "Karolina, jeszcze jeden do Zwoli"… Hmm, za 15zł dostaję mój przydział: opaskę, opis trasy i rozważania. Upewniam się, że autobus przyjedzie po nas nad ranem (nie zapewniłem innej opcji, a w domu muszę być ok. 8:00). Wchodzę do kościoła. Pustawo i cicho. Może 15 osób w milczeniu siedzi, bądź klęczy w ławkach. Już wiem, że coś jest nie tak. Naciągam kaptur, bo deszcz zaczął siąpić mocniej i wychodzę przed kościół. Tam dowiaduję się, że msza zaczęła się o 18, więc pierwsze osoby wyszły na Drogę już przed 19, a ostatnie przed (20!). Przyznaję - widziałem takich na Garbarach myśląc, że to grupka, która chce nadrobić na zapas drogę. No to uruchamiam GPS, aplikację z trasą i w drogę. Przed Sanktuarium zagaduje mnie jeszcze dwóch pielgrzymów "gdzie są zapisy". Nie będę ostatnim.

Siąpi deszcz. Nie mocno, ale dobrze, że mam nieprzemakalne buty do wędrówek po górach i dobrą kurtkę. Czołówki na razie nie potrzebuję. Do Minikowa drogę znam dobrze (wszak zjeździłem ją rowerem). Widzę, że kilka młodych osób wychodzi z kościoła Św. Antoniego na Starołęce. Wchodzę. To spotkanie z p. Pulikowkim. Ktoś gra na gitarze, a poznański ekspert ds rodziny podpisuje swoje książki. Nie są to uczestnicy EDK. Idę dalej. Pierwsze osoby spotykam gdzieś za Krzesinami. Chwilę potem podjeżdża do mnie terenówka, ktoś wygląda przez okno i pyta, czy wszystko ok, czy nie chce czegoś, np. herbaty, Uprzejmie dziękuję, domyślając się jedynie, że to ktoś z lokalnych koordynatorów trasy.

Kolejne stacje Drogi Krzyżowej upływają na medytacji. Długie odcinki, które przechodzę w ciszy są dobrą okazją, aby sprawdzić w myślach co zapamiętałem z rozważań z kolejnych stacji. Rozważania są dla mnie esencją. I choć wiem, że mógłbym przeczytać je sobie w domu to nie byłoby to samo. Myślę, że to tak jak ktoś wchodzi na Rysy z użyciem Google Earth, by nasycić się widokiem - niby wie jak tam jest, ale drogi nie przeszedł i trudu wspinaczki nie uświadczył. Zawsze czuję, że napisane dla EDK rozważania są dla mnie. Idzie mi się dobrze tak do 20km. Około pierwszej w nocy przestaje padać mżawka. Zaczyna się ziewanie i wychodzi brak porządnego przygotowania fizycznego (mimo różnych fizycznych aktywności) do tak długich marszów w nielekkich butach i po różnorodnym podłożu (piach, beton, asfalt, błoto, trawa). Widzę jak jakaś para rezygnuje i dzwonią po Tatę. Mijam teraz już więcej osób, które udało mi się dogonić. Do samej Zwoli będzie ich około 50. Coraz częściej sprawdzam w aplikacji ile jeszcze mi zostało kilometrów. Kontroluje zegarek. Chciałbym zdążyć na Mszę Św. Na 6 rano. Około 5 zaczyna świtać. Słyszę koncert - prawdziwy koncert ptaków w lesie na przywitanie nowego dnia - wiem, że jak się zatrzymam to i tak nie uchwycę tej chwili telefonem, a każde zatrzymanie powoduje konieczność ponownego rozruszania się.

Ok. 5:30 zdaję sobie sprawę, że wieżę RTV w Śremie widzę teraz z innej strony. Zbliżam się do klasztoru. Ostania bułka z czekoladą. Jeszcze 700m. Idę naprawdę wolno. Widzę klasztor. Doszedłem. 5:59 SMS do domu "@Zwola. Teraz Msza, potem autobus [..]". Przysypiam czasami na Mszy. Popijam gorącą herbatę, którą dostałem (ta w termosie już tylko letnia). W autobusie czuję się szczęśliwy. I jak tam było nagrzane! Budzę się przed R. Rataje. Uprzejmy kierowca zatrzymuje się na przystanku. Stąd już tylko 1km do domu. Jakoś dojdę. Kątem oka widzę innych z krzyżami z grubego drzewa i z czerwonymi opaskami…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz